Anielski lot

-

Kolejny odcinek  naszego nowego  cyklu tekstów pod ogólną nazwą „Historie klubów”. Rozpoczęliśmy go od Polonii Piła, klubu który powraca na żużlową mapę Polski, dziś, dla odmiany, o klubie, który gości na niej niezmienni od dekad. Apator Toruń. 

Reklama

Jednym ze zwyczajów przedwojennego Torunia było wykonywanie zdjęć znanych mieszkańców miasta przed Dworem Artusa na Rynku Staromiejskim. Na początku XXI wieku zdecydowano się nawiązać do tradycji i stworzono Piernikową Aleję Gwiazd. Składa się ona z tablic w kształcie pierników# – katarzynek, które corocznie otrzymują znani torunianie. W 2019 roku zdecydowano się nagrodzić nie jednostkę, ale grupę sportowców, którą określono jako „Toruńskie Anioły”.

(fot. Magazyn Żużel /Mariusz Cwojda)

Nim wspomnieniami wrócimy do 1930 roku i pierwszego razu, gdy w mieście rozegrano zawody żużlowe, sprawdźmy, skąd w jego herbie wziął się słynny Anioł. Przypomnijmy, że Toruń został założony w XIII wieku przez Krzyżaków, którym Ziemię Chełmińską przekazał książę Konrad Mazowiecki. Dlaczego jednak to właśnie Anioł stał się patronem tego miasta? Według historii, którą przytacza portal polskatradycja.pl, wszystko za sprawą snu jednego z franciszkanów. W 1499 roku zakonnikowi miał przyśnić się Anioł, który przyniósł mu straszne wieści. Ogłosił, że już w 1500 roku miasto zostanie zniszczone. Miała być to kara za grzechy jego mieszkańców, którzy dostali jednak szansę na naprawienie swoich win oraz uratowanie życia. Mieli przyodziać wory pokutne i prosić o przebaczenie. Torunianie postąpili zgodnie z wolą Anioła, a dodatkowo zdecydowali się odlać wielki, kościelny dzwon. Ważył on ponad 7 ton i został powieszony na wieży Kościoła pod wezwaniem św. Janów. Dzwon ofiarowali Bogu, który w podziękowaniu za dar nie tylko miał odstąpić od wymierzenia kary, ale zdecydował się wziąć miasto pod swoją opiekę. Wysłał więc Anioła, któremu wręczył klucze do miasta i uczynił jego strażnikiem. Ponieważ ukazał się on torunianom, ci obrali go za swój symbol. Znakiem rozpoznawczym stał się także dla żużlowców, którzy po raz pierwszy w mieście ścigali się już ponad 90 lat temu.

Pogoń za lisem

Pierwsze zawody żużlowe, czy też dirty-trackowe jak w tym czasach je określano, rozegrano w Toruniu w dniu 28 sierpnia 1930 roku. Ich historię przytacza Daniel Ludwiński (torun.naszemiasto.pl), który wspomina, że rywalizacja odbyła się na nieistniejącym już stadionie na Chełmińskim Przedmieściu. W zawodach obok żużlowców wystąpili kolarze. Nie zabrakło także wyjątkowych konkurencji jak pogoń za lisem, czyli zawodnikiem z przypiętą szarfą, którego pozostali starali się doścignąć. W turnieju, który na żywo miało oglądać około 2 tysięcy osób, wzięli udział nie tylko torunianie, ale również reprezentanci pobliskiej Bydgoszczy. To właśnie oni królowali tego dnia – wygrali bowiem w aż trzech kategoriach.

Czytaj więcej  Nowy trener tchnie nowego ducha w GKM?

Kibiców zainteresował nowy sport, dlatego też rok później – w 1931 roku – po raz kolejny rozegrano zawody żużlowe. Niestety, tym razem organizatorzy napotkali na szereg problemów, które zniechęciły ich do przygotowania kolejnych imprez. Na żużlu w Toruniu ścigano się przed wojną jeszcze tylko raz – w 1936 roku. Kolejne sportowe emocje nadeszły dopiero po II wojnie światowej.

Żużlowa „Gwardia”

Największy konflikt w dziejach swoje piętno odcisnął również na toruńskim sporcie – zniszczone zostały obiekty sportowe, brakowało także sprzęt potrzebnego do uprawiania aktywności fizycznej. Ten drugi, jak opisuje w artykule naukowym dotyczącym rozwoju toruńskiego żużla Anna Błaszkowska, został jeszcze podczas wojny zarekwirowany przez Wojsko Polskie lub przez niemieckich żołnierzy. Mimo tak licznych kłopotów w 1946 roku reaktywowano Toruński Klub Motocyklowy. W związku z tym, że ten nie mógł on działać w pełni samodzielnie jego zawodnicy, na czele z ówczesną gwiazdą, czyli Zbigniewem Raniszewskim, musieli wstąpić do Zrzeszenia Milicyjnego „Gwardia”. Dodatkowo, co opisuje Błaszkowska, chcący brać udział w rywalizacji sportowcy musieli podpisywać zobowiązania, że startują na własną odpowiedzialność. Takie działanie władz wynikało z faktu, że podczas zawodów, które nadal rozgrywano na lekkoatletycznej bieżni, często dochodziło do wypadków.

Odradzający się mimo licznych przeciwności losu żużel w Toruniu miał wielu zwolenników. Już w 1946 roku zawody w tej dyscyplinie miały przyciągać na stadion ponad 10 tysięcy osób. Dodatkowo, w tym samym roku po raz pierwszy rozegrano powojenne mistrzostwa Torunia – w jednej z klas wygrał wspominany Raniszewski, którego dramatyczna historia do dzisiaj wzbudza wiele emocji. Nim powrócimy do losów tragicznie zmarłego zawodnika, należy wskazać, że Anioły nie brały udziału w zmaganiach Polskiej Ligi Żużlowej. Do udziału w tych rozgrywkach nie zostały bowiem dopuszczone. Niektóre źródła odnotowują jedynie, że w 1950 roku zawodnicy z Torunia wzięli udział w rywalizacji Pomorskiej Ligi Okręgowej, której rozgrywki nie są jednak dobrze udokumentowane. Dodatkowo opisywane trudności pogłębił wprowadzony w 1952 roku zakaz używania tzw. „motocykli przystosowanych” na bieżniach lekkoatletycznych.

Wiedeńska tragedia

Z uwagi na ówczesne problemy toruńskiego sportu i system rozgrywek Zbigniew Raniszewski, który pierwsze, żużlowe kroki stawiał na stadionie przy ulicy Bema, od 1951 reprezentował Gwardię Bydgoszcz. I to właśnie w barwach tego zespołu dwukrotnie wywalczył brązowy medal Indywidualnych Mistrzostw Polski, a w 1955 roku wraz z klubowymi kolegami cieszył się z tytułu mistrza kraju. Z uwagi na swoje sukcesy zawodnik mógł z optymizmem patrzeć w przyszłość, która dla Biało-Czerwonych jawiła się w kolorowych barwach. W 1956 roku mieli oni bowiem po raz pierwszy przystąpić do walki w eliminacjach Indywidulanych Mistrzostw Świata. Jednym z punktów przygotowań do tych zmagań był turniej rozegrany 21 kwietnia 1956 w Wiedniu. I to podczas tych zmagań 29-latek stracił życie.

Czytaj więcej  Niespodzianka! Także on, obok Tarasenki, wzmocni szeregi GKM

Zbigniew Raniszewski (fot. FB/Zbigniew Raniszewski Historia)

Niezwykle waleczny i bojowo nastawiony zawodnik miał nie chcieć rywalizować w stolicy Austrii. Obawiał się o bezpieczeństwo swoje i pozostałych zawodników. Tor w Wiedniu nie posiadał bowiem band i nie spełniał żadnych standardów. Po latach, o tym, na jakim obiekcie musieli wystartować zawodnicy, opowiadał „Gazecie Wyborczej” Włodzimierz Szwendrowski – ówczesny kapitan reprezentacji: „Wiraże otoczone były betonowymi schodami z poręczami, prowadzącymi na trybuny. Wszyscy zawodnicy oraz kierownictwo ekipy – byliśmy tym stanem przerażeni. Dziwiliśmy się, że taki obiekt mógł posiadać licencję FIM”. Pomimo ogromnego niebezpieczeństwa Polacy nie chcieli rezygnować z rywalizacji, ponieważ to na tym obiekcie mieli w przyszłości walczyć o awans do mistrzostw świata. Problemu nie widziała strona austriacka, która twierdziła, że niebezpieczne schody zabezpieczy workami z sianem.

Mord w Wiedniu

Najpierw w wyścigu XIV upadł Andrzej Krzesiński. Stracił przytomność i został odwieziony do szpitala. Wypadek nie powstrzymał jednak organizatorów przed kontynowaniem rywalizacji. W kolejnej gonitwie wystartował Raniszewski. W walce z rywalami stracił panowanie nad motorem i wpadł wprost pod betonowe schody. Wypadek zakończył się tragicznie, a austriacka prasa wprost pisała o „mordzie na stadionie wiedeńskim”. Sprawiedliwości szukać próbowała żona Raniszewskiego, a później schedę po matce przejęła córka zawodnika – Małgorzata. Kobieta, o czym opowiadała „Gazecie Wyborczej”, dopiero po latach zobaczyła nagranie, które zarejestrowało wypadek jej ojca.

Reklama

Film, który obejrzeć można na YouTubie, liczy zaledwie kilka sekund. Sekund, które pokazują, jak fatalnie przygotowany był tor w Wiedniu. Raniszewski na pełnej prędkości, kuląc głowę, wpadł z impetem w betonowe schody. Na torze nie widać żadnych zabezpieczeń, w tym worków z sianem, o których opowiadano prowadzącej śledztwo austriackiej prokuraturze. Ta umorzyła sprawę uznając ją za nieszczęśliwy wypadek. Podobnie postąpili polscy dygnitarze, którzy namawiali zawodników, by startowali już następnego dnia. Dodatkowy horror zgotowano rodzinie – ciało zawodnika nadano zwykłym pociągiem towarowym, a piętnaście minut przed pogrzebem urzędnicy mieli wdowie podać do podpisu dokument, w którym zrzekała się pretensji wobec państwowej federacji motocyklowej. Do rodziny Raniszewskiego nigdy również miały nie dotrzeć pieniądze z odszkodowania.

W Magazynie Żużel opisywaliśmy tę historię w reportażu “7 sekund”

Czytaj więcej  7 sekund

Ligowe początki

Powróćmy do losów toruńskiego żużla, którego palącą potrzebą było posiadanie spełniającego standardy toru żużlowego. Ten oficjalnie otwarto w 1957 roku. Stadion przy ulicy Broniewskiego 98 otrzymał imię Zbigniewa Raniszewskiego. I to właśnie na tym obiekcie 6 lipca 1958 roku zespół zadebiutował w oficjalnej rywalizacji. LPŻ Toruń podjął niebywale silnego przeciwnika, czyli Unię Leszno, która w tym samym sezonie sięgnęła po brąz mistrzostw kraju. Torunianie pokazali brawurową jazdę i przy owacji swoich kibiców zwyciężyli 32:30. W składzie drużyny był już wtedy człowiek, o którym w kolejnych sezonach będzie coraz głośniej – to Marian Rose, który na całą karierę związał się z toruńskim sportem.

Posiadanie odpowiedniego obiektu otworzyło Aniołom drzwi do udziału w ligowych zmaganiach. W 1959 roku zespół bez powodzenia wystąpił w rozgrywkach III ligi, które zakończył na siódmej pozycji. Rok później, po zmianie systemu zmagań, w II lidze wywalczył ostatnią lokatę, a w 1961 roku sezon zakończył na siódmej pozycji.

Apator i Stal

Zmiany w toruńskim żużlu nastąpiły 21 lutego 1962 roku, gdy utworzony został Klub Sportowy Apator, który powstał przy Pomorskich Zakładach Wytwórczych Aparatury Niskiego Napięcia. Zawodnicy i mechanicy otrzymali etaty, a klub do zmagań w II lidze przystąpił jako Stal Toruń. Sezon zakończył na dobrej trzeciej pozycji. Niestety poniósł kolejną stratę – tym razem w nieszczęśliwym wypadku zginął Stanisław Domaniecki. Podczas zawodów w Gnieźnie zawodnik na jednym z wiraży uderzył wprost w drewnianą bandę. Uznano, że w jego motocyklu zacięła się manetka gazu.

Czytaj więcej  Sebastian Niedźwiedź: odbudować się po Wandzie

Drużyna pozbawiona utalentowanego zawodnika nie zdołała wywalczyć awansu do wyżej klasy rozgrywkowej i na ten musiała czekać aż do 1975 roku. We wspominanym sezonie torunianie zajęli drugie miejsce w zmaganiach niższej klasy rozgrywkowej i w barażu o prawo startu w I lidze zmierzyli się z Polonią Bydgoszcz. Lepsi w dwumeczu okazali się Bydgoszczanie, jednak w kolejny sezonie oba zespołu spotkały się w zmaganiach na najwyższym poziomie. W grudniu 1975 roku władze Polskie Związku Motorowego podjęły decyzję o zwiększeniu liczby drużyn rywalizujących w I lidze z ośmiu do dziesięciu – do udziału w rozgrywkach zaproszono Toruń oraz Gdańsk (pierwotnie zespół miał spaść do II ligi po zajęciu 8 miejsca w DMP).

Taksówką po medale

W czasach gdy Anioły bez powodzenia walczyły o przebicie się do najwyżej klasy rozgrywkowej, kibice mogli cieszyć się z indywidualnych i reprezentacyjnych sukcesów Mariana Rosego. Nazywany „Marysiem” zawodnik karierę rozpoczął nader późno, bo dopiero w wieku 25 lat. Szybko jednak pokazał, że obrał właściwą dla siebie ścieżkę rozwoju i niejako wybił się ponad poziom drużyny, którą reprezentował. Już w 1961 roku, jako pierwszy reprezentant Torunia w historii, zadebiutował w finale Indywidulanych Mistrzostw Polski. Uzyskiwane wyniki spowodowały, że zawodnik już w 1962 roku trafił do narodowej reprezentacji. W tym czasie obok startów zajmował się także trenowaniem młodzieży. Szybko uzyskał bowiem uprawienia instruktora sportu żużlowego. Pracował również zawodowo i po Toruniu jeździł… taksówką.

Niewątpliwie najlepszym sezonem w wykonaniu Rosego był rok 1966. Wtedy to wywalczył srebrny medal Indywidualnych Mistrzostw Polski oraz najcenniejsze trofeum w swojej karierze. Na torze we Wrocławiu w dniu 11 września wraz z Andrzejem Pogorzelskim, Andrzejem Wyglendą, Antonim Woryną (i rezerwowym Edmundem Migosiem) wprost zdeklasował rywali w walce o Drużynowe Mistrzostwo Świata. Polski zespół na swoim koncie zapisał aż 41 punktów. Drugi Związek Radziecki uzyskał ich jedynie 25. Po brąz sięgnęli Szwedzi, a niewyobrażalnie słabo pojechał zespół Wielkiej Brytanii. Ten ostatni w swoim składzie miał m.in. Nowozelandczyków Barry’ego Briggsa i Ivana Maugera. Nawet oni okazali się kompletnie bezradni – razem w ośmiu biegach uzyskali tylko cztery punkty.

Gnieźnieński dramat

Kolejne sezony przyniosły Rosemu liczne kontuzje. Rok 1970 rozpoczął jednak dobrze. Niestety – skończył się on dla niego tragicznie. 19 kwietnia torunianie wyruszyli na mecz do Rzeszowa. Jak wspomina portal sport.interia.pl tego dnia Rose miał zachowywać się nietypowo, tak jakby przeczuwał to, co może nastąpić. Już przed rozpoczęciem zawodów miał przestrzegać kolegów, by uważali na siebie, bo warunki na torze nie należą do łatwych. Miał również rzucić do nich słowa „macie to wygrać” – tak jakby przeczuwał, że nie pomoże im w tym spotkaniu. Dodatkowo nietypowo zachował się podczas prezentacji. Gdy otrzymał bukiet kwiatów, to oddał go żonie rzeszowskiego zawodnika Józefa Batko.

Do wypadku doszło już na początku zawodów – obok Rosego pod taśmą stanęli Jankowski oraz reprezentujący Rzeszów Ciepiela i Hap. To właśnie ostatniego z zawodników wielu kibiców obwiniało o to, co stało się później. „Maryś” dobrze wyszedł ze startu, objął prowadzenie i chciał zostawić miejsce dla kolegi z pary. Na łuku zaliczył jednak uślizg, a Hap nie zdołał go wyminąć. Jak po latach powiedział portalowi po-bandzie, nie mógł nic zrobić. Gdyby jednak wiedział, że tego dnia na torze ktoś zginie, nie wsiadłby na motocykl.

Dzień śmiertelnego wypadku wspominała w rozmowie z ddtorun.pl Danuta Dylewska – żona zawodnika. W rozmowie mówiła, że tego dnia była w odwiedzinach u teściowej. Była to piękna, słoneczna niedziela, dlatego po obiedzie z rodziną wybrała się na cmentarz. O tragedii dowiedziała się dziesięć minut przed rozpoczęciem wiadomości sportowych – poinformował ja mąż kuzynki męża.

Żaba na pokładzie

Mariana Rosego na ulicach Torunia żegnać miał około 50 tysięcy osób. To właśnie jego imieniem nazwano najpierw obiekt przy ulicy Broniewskiego, a następnie Motoarenę. Wróćmy jednak do 1976 roku – Anioły po raz pierwszy w swojej historii wystartowały w I lidze. W trzech kolejnych sezonach zajmował w niej ósmą lokatę. Przełom nadszedł w 1979 roku, gdy zespół na czele z Janem Ząbikiem i Wojciechem Żabiałowiczem wywalczył czwartą pozycję. W lata 80. wszedł więc z rosnącymi nadziejami oraz nazwą Apator, pod którą zaczął startować. Na swój wielki sukces klub czekał do 1983 roku. Wtedy to odniósł 12 ligowych wygranych, a sezon zakończył na trzeciej pozycji. Tym samym sięgnął po pierwszy medal Drużynowych Mistrzostw Polski w swojej historii.

Czytaj więcej  Kazimierz Adamczak: zapomniany Byk z Miechcina

(fot. Magazyn Żużel /Mariusz Cwojda) Wojciech Żabiałowicz

Jak mówi przysłowie – apetyt rośnie w miarę jedzenia. Głód kolejnych sukcesów narastał więc w toruńskim klubie, wśród kibiców, a także zawodników. Wśród tych warto wskazać na kolejnego żużlowca, który całą karierę wierny był toruńskim Aniołom. To Wojciech Żabiałowicz, który w 1986 roku indywidualne sukcesy połączył z tymi zespołowymi. Popularny „Żaba” na torze w Zielonej Górze wywalczył srebro Indywidualnych Mistrzostw Polski. W fenomenalnym stylu liderował też tercetowi, który w Toruniu sięgnął po złoto Mistrzostw Polski Par Klubowych. Wystartował w nich wraz z Grzegorzem Śniegowskim i ojcem Adriana Miedzińskiego – Stanisławem. Świetnie spisał się także w ligowym zmaganiach i sezon zakończył ze średnią 2,77 punktu na bieg. To wszystko pozwoliło spełnić wielkie toruńskie marzenie.

Sąsiedzka potyczka

Ligowe rozgrywki roku 1986 były niezwykle wyrównane – wystarczy wspomnieć, że o podziale medali zdecydowały małe punkty, a mistrza kraju od szóstego zespołu dzieliły jednie dwa duże oczka. Po upragnione złoto wreszcie sięgnął Apator Toruń. Smakowało ono wyjątkowo, również dlatego, że zespół dzięki małym punktom wyprzedził swojego sąsiada – Polonię Bydgoszcz. Była więc to nie tylko rywalizacja o mistrzowski tytuł, ale też o prym w regionie. W kolejnych sezonach te dwa zespoły spotykały się wielokrotnie i zawsze ich potyczki budziły skrajne emocje.

Czytaj więcej  Kto rozsypie układankę?

Rok po wielkim sukcesie torunianie musieli obejść się smakiem – w lidze zajęli czwartą pozycję. Mogli jednak cieszyć się z wielkiego sukcesu Żabiałowicza, który na torze w Toruniu wywalczył złoto Indywidualnych Mistrzostw Polski. Wierny pozostał także swojemu zespołowi, z którym w 1990 roku zdominował ligowe zmagania. Apator, który w składzie miał już wtedy m.in. Jacka Krzyżaniaka, Mirosława Kowalika lub Roberta Sawinę, drugie w historii złoto okrasił aż 28 ligowymi punktami. Kluby z Rybnika oraz Bydgoszczy wyprzedził aż o sześć oczek. Sukces był zapowiedzią lat, które nazwać można brązowymi.

Długi Per

Mistrz świat w Apatorze! – taka wieść niosła się po żużlowej Polsce w 1991 roku. Kontrakt z Toruniem podpisał bowiem Per Jonsson. Aktualny mistrz świata zadebiutował w anielskim składzie 1 kwietnia i pierwszy mecz zakończył z dorobkiem 11 oczek. To właśnie z tym zawodnikiem w składzie torunianie zadomowili się na podium mistrzostw kraju. Po brąz sięgali w 1991, 1992, 1993 i 1994 roku. Ostatni z sezonów trudno jednak nazwać szczęśliwym. 26 czerwca, podczas meczu przeciwko Polonii Bydgoszcz, Per Jonsson z impetem uderzył w bandę. Wypadek, który z perspektywy trybun miał wyglądać niegroźnie, okazał się dramatyczny w skutkach. Jonsson stracił czucie w nogach i do dziś porusza się na wózku.

O swoim idolu nie zapomnieli toruńscy sympatycy czarnego sportu – w 2005 roku zawodnik został odznaczony Honorowym Medalem Thorunium przyznawanym osobom szczególnie zasłużonym dla Torunia, a pięć lat później jego imieniem nazwano ulicę łączącą Szosę Bydgoską z Motoareną. Szwed pojawił się w mieście w 2019 roku – na żywo oglądał zmagania żużlowców w ramach Indywidualnych Mistrzostw Europy oraz spotkał się z kibicami. Gdy wyjechał na płytę stadionu, fani zgotowali mu gorącą owację, a z głośników popłynęła ukochana piosenka „Długiego Pera” – jeden z przebojów Tiny Turner.

Kolejny mistrz

Dwa kolejne sezony przyniosły toruńskiemu zespołowi dwa srebrne medale i poczucie niedosytu. W 1995 roku do od złotej Sparty-Polsatu Wrocław dzielił ich jeden punkt. Rok później, po wygraniu rundy zasadniczej oraz półfinału, Anioły uległy w finale zespołowi z Częstochowy. Był to ostatni medalowy występ zespołu w XX wieku. Ostatniego słowa nie powiedzieli jednak reprezentanci klubu na czele z Jackiem Krzyżaniakiem. Żużlowiec w 1997 roku wywalczył złoty medal Indywidualnych Mistrzostw Polski. Dokonał tego jako drugi zawodnik Apatora w jego historii.

Czytaj więcej  Piotr Protasiewicz: chciałem więcej czasu na odpoczynek

W wiek XXI drużyna wchodziła z nadziejami oraz nowym liderem. Do miasta zawitał Tony Rickardsson – wielokrotny mistrz globu, który w początkach swojej kariery w polskiej lidze reprezentował Polonię Bydgoszcz. Toruń pozyskał również nowego sponsora, czyli firmę Adriana, a także Andreasa Jonssona – ówczesnego mistrza świata juniorów.

Po rundzie zasadniczej wydawało się, że torunianie mają wszystko pod kontrolą. Tę część rozgrywek zakończyli bowiem z jedenastoma wygranymi na koncie i trzema punktami przewagi nad Atlasem Wrocław. Tymczasem w rundzie finałowej Anioły zaczęły mieć kłopoty – przegrały we Wrocławiu, sromotną porażkę poniosły w Gorzowie. Dlatego ostatni mecz sezonu, w którym na swoim torze podjęły Spartan, był walką o wszystko. Bój o marzenia toczył się do ostatniego wyścigu. W tym pod taśmą stanęli Jaguś z Rickardssonem oraz Hancock z Ułamkiem. Na oczach nadkompletu publiczności wygrał pierwszy z duetów. Fani Aniołów oszaleli, w powietrze wystrzeliły race, a kibice wybiegli na tor. Trzecie złoto w historii klubu stało się faktem. Wywalczony tytuł był także drugim w dorobku Mirosława Kowalika – zawodnik wiernym był Toruniowi przez piętnaście lat i fetował z nim sukces także w 1990 roku.

Mistrzów dwóch

Już w marcu 2002 roku „Gazeta Wyborcza” opublikowała obszerny materiał o przygotowaniach Tony’ego Rickardssona do nowego sezonu. Zastanawiano się w nim, czy i kiedy Szwed pojawi się w Toruniu. Nadzieje zespołu i kibiców był duże, jednak nie zostały spełnione. Zespół ligowe zmagania zakończył dopiero na piątej pozycji. Rozczarowani postawą drużyny działacze zadbali więc o wzmocnienie zespołu. Transfer, do którego wtedy doszło, wydawał się niemalże niemożliwy. W zespole był już Rickardsson, a przepisy pozwalały na start w meczu jedynie dwóch obcokrajowców. Mimo tego do miasta zawitał kolejny mistrz, czyli Jason Crump. Szwedzko-australijski duet pokazywał wielką klasę i poprowadził zespół do spektakularnej wygranej w Pile. Wyjazdowy mecz Anioły zakończyły wygraną 60:30. W drużynie, obok wielkich gwiazd, był już wtedy młodziutki Adrian Miedziński, który w przyszłości stał się kolejną z legend klubu.

Czytaj więcej  Dominik Kubera staje w obronie Srebrnego Kasku

(fot. Magazyn Żużel /Mariusz Cwojda) Toruńskie Anioły w 2008 roku ostatni raz świętowały zdobycie mistrzostwa Polski

Zespół, w którego skład wchodzili m.in. Rickardsson, Crump, Protasiewicz, Bajerski, Jaguś i Sawina na papierze był „dream teamem”. Jak to jednak w sporcie bywa, okazało się, że same nazwiska nie przesądzają o wygranej. Prawdopodobnie najmocniejszy skład w historii Torunia zakończył rozgrywki na drugim miejscu. Zespół gwiazd musiał uznać wyższość Częstochowy. Kolejne sezony przyniosły rozstanie z Rickardssonem oraz dwukrotnie czwartą lokatę. O porażce klub mógł mówić w szczególności w 2005 roku, ponieważ rundę zasadniczą zakończył na drugiej pozycji.

Misja ratunkowa

„W 2006 r. klub chylił się ku upadkowi, miał 1,5 mln zł długu i z takimi zobowiązaniami Polski Związek Motorowy nie przyznałby mu licencji na starty w sezonie 2007. To oznaczałoby automatyczną degradację o ligę niżej” – w taki sposób w 2012 roku początki swojej przygody ze sponsorowaniem żużla opisywał w „Pulsie Biznesu” Roman Karkosik. To właśnie ten biznesmen – nazywany „królem polskiej giełdy” – ocalił toruński żużel. W 2006 roku klub zajął w ligowych zmaganiach siódme miejsce, a dodatkowo popadł w długi. Zmiany prawne spowodowały, że od 2007 roku wszystkie startujące w lidze zespoły musiały mieć status spółki akcyjnej. Anioły nie tylko nie posiadały środków na stworzenie takowej, ale i zmagały się z dużym zadłużeniem.

Czytaj więcej  Miłość do żużla z długim stażem

Roman Karkosik ocalił jednak klub, którego nową polityką transferową było kontraktowanie wychowanków oraz żużlowców, którzy w przeszłości karierę rozpoczynali w toruńskim zespole. Dlatego też, gdy przystąpiono do prezentacji nowej kadry, jako pierwszy na scenę wyszedł Ryan Sullivan, który debiutował w barwach Torunia w 1996 roku. W zespole prowadzonym przez Jana Ząbika znalazł się również jego syn Karol – ówcześnie najlepszy junior świata.

Australijski dom

Kolejne sezony przyniosły zespołowi pasmo sukcesów. Najpierw w 2007 roku było srebro, rok później złoto, a w 2009 roku początek startów na Motoarenie, który okraszony został kolejnym wicemistrzostwem kraju. Łącznie do 2014 roku i chwili, w której mecenas toruńskiego żużla zdecydował się opuścić klub, ten wywalczył jeszcze dwa brązy i srebro – to ostatnie przyznane po ucieczce z finału w Zielonej Górze. Świetne lata zespołu to także czas, gdy stał się on ostoją dla zawodników z Australii. To w nim do 2013 roku startował Sullivan, który serce oddał nie tylko zespołowi, ale i toruniance Paulinie Ryczek, którą poślubił.

(fot. Magazyn Żużel /Mariusz Cwojda) Chris Holder

W 2008 roku do zespołu trafił Chris Holder, który wierny mu był przez lata. Rok później z przytupem w barwach Unibaxu oraz w rozgrywkach polskiej ligi zadebiutował Darcy Ward. Na torze w Bydgoszczy, po zaciętym boju, pokonał ówczesnego mistrza świata juniorów – Emila Sajfutdinowa. Listopad 2010 roku przyniósł natomiast inne ważne wydarzenie w historii toruńskiego zespołu. Zakończenie wieloletniej kariery ogłosił nazywany „Małym wojownikiem” – Wiesław Jaguś, który klub reprezentował od 1992 roku. Jak wyliczyła „Gazeta Pomorska”, drużynowy wicemistrz świata z 2008 roku w barwach Torunia wystartował w 311 spotkaniach.

Spadek i powrót

Po odejściu Romana Karkosika klubem zaopiekował się Przemysław Termiński. Zespół klasę pokazał w 2016 roku, gdy startując już jako Get Well Toruń sięgnął po srebro Drużynowych Mistrzostw Polski. Kolejne sezony przyniosły większe kłopoty – baraż w 2018 roku, spadek w 2019 roku, starty w I lidze i wreszcie powrót do najwyżej klasy rozgrywkowej. Udany, bo eWinner Apator Toruń rozgrywki zakończył na dobrej, szóstej pozycji.

Za dziewięć lat zakochanych w ryku żużlowych motocykli torunian czeka wyjątkowa rocznica – 28 sierpnia 2030 roku minie dokładnie sto lat od rozegrania pierwszych zawodów żużlowych w tym mieście. W takim przypadku, podobnie jak osobom, które dożyły tak wyjątkowego wieku, toruńskiemu speedwayowi pozostaje życzyć nie stu, a dwustu, trzystu, a nawet tysiąca lat.

PS Podczas przygotowania tekstu korzystano z materiałów publikowanych na łamach portalu speedway.hg.pl

Reklama

Must Read

Dzisiaj “Żużel” w TV. Ale go nie polecamy

Dzisiaj wieczorem telewizja Canal+ proponuje film "Żużel". Wcześniej był on wyświetlany w kinie. Kto z Państwa jeszcze go nie obejrzał, dzisiaj ma taką okazję...