Strona główna Reportaż O Hancocku mówił: "Dziecko"

O Hancocku mówił: “Dziecko”

-

Podczas pożegnań wielkich sportowych mistrzów często przywołuje się słowa legendarnej już piosenki zespołu „Perfect”, który śpiewał o tym, że ze sceny trzeba zejść niepokonany. Tak właśnie zdecydował się odejść jeden z najbarwniejszych żużlowych mistrzów, który w 2013 roku, po 32 latach ponownie odwiedził Polskę, a o Gregu Hancocku mówił per „dziecko”

Półki księgarni wprost uginają się od biografii sportowców, którzy przeszli drogę „od pucybuta do milionera”. Wspominają oni o trudach swojego dzieciństwa, biedzie i wielu problemach, które musieli pokonać. Gdy by jednak Bruce Penhall zdecydował się napisać więcej o swoim dzieciństwie, dostalibyśmy opis wyglądający niemal sielankowo. Rodzina urodzonego w 1957 roku chłopaka wiodła spokojne i dostatnie życie. Jego ojciec LeRoy, o czym wspomina Ziemowit Ochapski, prowadził firmę produkującą sprzęt do kruszenia betonu. Interes rozwijał się tak dobrze, że rodzi na zamieszkała w pięknym, położonym tuż przy plaży, domu na Półwyspie Balboa w Stanach Zjednoczonych. To właśnie tam dorastał przyszły mistrz, który od dziecka miał sportową smykałkę.

(fot. Archiwum) Bruce Penhall

Serfował, jeździł na rowerze, uprawiał gry zespołowe. Szybko rozpoczął tak że przygodę ze sportami motorowymi. Te pokochał także jego brat Jerry, który w przyszłości został wyścigowym kierowcą. Bracia skłonność do szybkiej jazdy mieli wpojoną w krew – ich ojciec uwielbiał wyścigi. Ścigał się również odrzutowcami. Bruce natomiast uwielbiał jeździć po plaży oraz deptaku. Jak wspominają brytyjskie media, miał nawet terroryzować przechodniów, którym utrudniał poruszanie się. Swoją brawurą denerwował też lokalnych policjantów, którzy pewnego dnia zatrzymali go i odwieźli do domu. Chłopak, który na minibike’ach jeździł już w wieku siedmiu lat, żużel poznawał podczas obserwacji startów w Costa Mesa. Nietypowy, bo krótki i liczący ledwie 170-metrów tor otwarto tam w 1969 roku. Rodzi na Penhallów wraz z przyjaciół mi miała spędzać na nim wszystkie weekendy, a za fascynowany rywalizacją biznesmen LeRoy zdecydował się wesprzeć finansowo lokalną gwiazdę – Ricka Woodsa.

Reklama

Stany depresyjne

Młody Bruce, który od dziecka ścigał się na mniejszych motorach, nie mógł do czekać się dnia swoich szesnastych urodzin. Przekroczenie tej magicznej granicy było dla chłopaka przepustką do profesjonalnych startów. Te rozpoczął z przytupem – w dniu urodzin wygrał swój pierwszy wyścig i na tym nie zamierzał poprzestać. Urodziwy młokos szybko stał się ulubieńcem publiczności,  która gromadziła się na obiekcie w Costa Mesa. Spora sympatia, kolejne wygrane oraz pierwsze większe  pieniądze mogłyby zawrócić w głowie niejednego młodego człowieka. Nad dobrym wychowaniem syna pracował jednak ojciec, który wymagał, by chłopak, jako przyszły sportowiec, był wzorem dla swoich rówieśników. Jak pisze Ochapski, gdy 16-letni Bruce miał sięgnąć po butelkę piwa, ojciec sprawę postawił jasno. Jeszcze raz sięgnie po alkohol, to nigdy więcej już nie wystartuje. To właśnie rodzice mieli przyszłe mu mistrzowi wpoić jeszcze jedną ważną zasadę – uczyli go, że nawet jeśli zosta nie największym zawodnikiem w historii, to zawsze musi mieć czas dla swoich fanów.

Czytaj więcej  Piotra Pawlickiego być albo nie być w elicie

Rodzinna sielanka trwałaby pewnie dłużej, gdyby nie tragedia, do której doszło w 1975 roku. W katastrofie lotniczej zginęli Bonnie i LeRoy Penhall. Jak wspomina portal Cruised, Bruce dramatycznie przeżył stratę rodziców. Popadł w stany depresyjne, a mimo startów ciągle towarzyszyło mu poczucie stagnacji. Chłopak rozważał również możliwość rezygnacji ze sportu, zdecydował jednak, że zamiast tego powinien zostać najlepszy na świecie. Chciał być mistrzem nie tylko dla siebie, ale również dla swoich rodziców, którzy zawsze w niego wierzyli.

Zobaczyć Olsena

Determinację oraz duże umiejętności chłopaka dostrzegł Bruce Flanders – manager drużyny klubu Los Angeles Sprockets, który zdecydował się go zakontraktować. W drużynie „Zębatek” młokos spisywał się bardzo dobrze. Jego team wywalczył srebro w drużynowych rozgrywkach, a Bruce uzyskał drugą średnią w drużynie. Lepszy okazał się od niego jedynie niekwestionowany lider zespołu Mike Bast, który zdominował również rywalizację w Indywidualnych Mistrzostwach Stanów Zjednoczonych. Młody Penhall w tej samej imprezie w 1976 roku sięgnął po brązowy medal, a w zimowej przerwie odbył daleką podróż – startował w Australii, Nowej Zelandii, a nawet w Izraelu. W kolejnym roku jednoznacznie  potwierdził swoją pozycję numeru dwa amerykańskiej kadry. Nie tylko tę właśnie lokatę wywalczył w amerykańskich kwalifikacjach do IMŚ (odpadł później w finale interkontynentalnym), ale również został wicemistrzem kraju.

Reklama

Jak każdy zawodnik, który chciał się rozwijać, Penhall musiał wyjechać do Wielkiej Brytanii. To wła -śnie tam biło wówczas serce światowego żużla, a prym w globalnym championacie odgrywali Brytyjczycy, którym szyki skutecznie starali się krzyżować Duńczycy (na czele z Ole Olsenem) oraz Nowozelandczycy (na czele z Ivanem Maugerem). Decyzja młodego Amerykanina okazała się jak najbardziej słuszna i zawodnik dołączył do drużyny Cradley Heath Heathens, w której spędził całą swoją karierę. Początki w nowej ekipie nie były jednak łatwe. Przyszły mistrz za debiutował w sparingu i zaliczył dużą klapę – wywalczył tylko jeden punkt. Z meczu na mecz było jednak coraz lepiej i startów w lidze Bruce nigdy już nie zakończył z dorobkiem mniejszym niż 4 punkty. W pierwszym roku występów okazał się numerem dwa ekipy, a wraz z jej liderem Steve’m Bastable zwyciężył w Mistrzostwach Par Ligi Brytyjkiej. Co ciekawe, w pamiętnym finale (1978 r.), który przerwano po 14 wyścigach z powodu opadów deszczu, na pierwszym stopniu podium znalazły się aż dwa duety. Ex aequo z parą reprezentującą Heathens najlepsi okazali się zawodnicy Coventry Bees w składzie z Ole Olsenem. To właśnie legendarnego Duńczyka młody Bruce podziwiał w tym samym roku podczas finału IMŚ na Wembley. To właśnie wtedy ostatecznie miał zdecydować, że zrobi wszystko, żeby również sięgnąć po złoto.

Samotny jeździec

Po wielu latach w wywiadzie dla telewizji Sky Sports dwukrotny mistrz świata będzie wspominał, że przygotowania do walki o złoto wymagały od niego wielkiego poświęcenia. Zawodnik, o czym pisze Ziemowit Ochapski, w ciągu roku jeździł ponad 150 zawodów. Po sezonie w Europie, do domu wracał jedynie na święta, by później wyruszyć do Australii. Dodatkowo starty w Wielkiej Brytanii przeplatał z wyjazdami do Niemiec i walką na długim torze. Szybko okazało się, że Penhall, któremu kontynentalni zawodnicy nie wróżyli dużej kariery, może dokonać czegoś wielkiego.

Czytaj więcej  Młodzi zawodnicy na torze uczczą pamięć legendarnego działacza

Swoje gigantyczne możliwości Amerykanin pokazał już rok później (1979). Na domowym torze Ole Olsena  w  parowych  mistrzostwach  globu  wystartował… sam. Na treningu przed finałem kontuzji doznał bowiem Kelly Moran. W związku z tym, że regulamin nie przewidywał rezerwowego zawodnika, Bruce pojechał w pojedynkę i wywalczył piąte miejsce. Do podium w Vojens drużynie USA zabrakło jedynie 6 oczek.
Na medal między narodowej imprezy Penhall nie musiał jednak długo czekać. Kolejny rok dla 23-latka był jednak słodko-gorzki. Co prawda wreszcie awansował do finału IMŚ, jednak piąte miejsce, które wywalczył, było dla niego na tyle fatalne, że po zawodach miał siedzieć w swoim boksie i płakać. Start dedykował bowiem zmarłym rodzicom, a finiszując poza podium, uznał, że ich zawiódł. Sezon nie okazał się jednak stracony – 21 września 1980 roku we Wrocławiu, Amerykanin wywalczył aż 12 oczek i poprowadził swoją drużynę do historycznego medalu Drużynowych Mistrzostw Świata. Po raz pierwszy w karierze najlepszy okazał się również w indywidualnych mistrzostwach USA.

Pożegnanie z Wembley

W 1981 roku najlepsi żużlowcy świata po raz ostatni w historii zawitali na Wembley. Te go dnia na trybunach szalała 90-tysięczna publiczność, a Ole Olsen sięgał po swój ostatni medal IMŚ w karierze. Dojrzałego mistrza pokonał młokos o wyglądzie surfera. Bruce Penhall wywalczył 14 punktów i tego wieczora wreszcie mógł dosięgnąć  pełni  szczęścia.  Jako  drugi  Amerykanin  w dziejach sięgnął po złoty medal. Dodatkowo zrobił to na oczach pierwszego mistrza Jacka Milne’a, który wygraną odniósł w 1937 roku. Penhall świętował również niespeł na dwa miesiące wcześniej w Polsce. W Chorzowie, na oczach autora książki „Szybkość nie wybacza nikomu” wraz z Bobbym Schwartzem wy walczył miano najlepszej pary na świecie. Po zawodach panowie w męskim gronie świętowali w jednym z hoteli. Penhall miał nie tylko wychwalać organizację zawodów, zapowiadać, że wy gra na Wembley, ale żartować także, że skoro na spotkaniu z nim nie było zbyt wielu fanek, następnym razem przywiezie kobiety ze sobą.

Wygrana Amerykanina sprawiła, że organizatorzy IMŚ zdecydowali się na rozegra nie pierwszego finału poza Europą. Nie było w tym nic zaskakującego, Bruce skradł bo wiem serca tysięcy fanów. Przystojny i charyzmatyczny mężczyzna po wygranej występował w reklamach, brał udział w odważnych sesjach zdjęciowych, a nawet otrzymał telegram z gratulacjami od samego  Ronalda  Reagana.  Sukces  napędził  mistrza, który… do stał propozycję gry w popularnym serialu „CHiPs”, w tym miał wcielić się w policjanta o żużlowej przeszłości. Propozycji nie przyjął jednak od razu. Najpierw postawił sobie kolejny sportowy cel – na rodzinnej ziemi chciał obronić złoto mistrzostw świata. Nim rozegrano  decydujące  zawody,  do  których  Penhall przygotowywał się niemal każdego dnia, Amerykanie dokona li czegoś równie wielkiego. Sięgnęli po złoto Drużynowych Mistrzostw Świata. W brytyjskim White City zdecydowanie zdeklasowali resztę świata, a drugich Duńczyków pokonali o 13 punktów.

5 września 1981, Stadion Wembley, finał IMŚ – podium:
Tommy Knudsen (III msc), Bruce Penhall (I), Ole Olsen (II)

Niespełna dwa tygodnie później Penhall również dopiął swego. W Los Angeles obronił mistrzowską koronę, a na podium wszedł razem z reprezentacyjnym kolegą Dennisem Sigalosem. 25-la tek w ciągu dwóch sezonów zgromadził więc dwa złote medale IMŚ, złoto i srebro DMŚ oraz złoto MŚP. Wydawało się, że po erze Ole Olsena nadejdzie era Bruce Penhalla. Tak się jednak nie stało. Mężczyzna ogłosił, że nie wraca do Wielkiej Brytanii, ale wyjeżdża do Hollywood. Był rok 1982.

Reklama

(fot. Archiwum) Bruce Penhall na planie filmu “The Dallas Connection”

Fabryka snów

Aktorska kariera nie za prowadziła Penhalla jednak tak daleko, jak ta żużlowa. Co prawda, mężczyzna wystąpił w kilkunastu produkcjach, jednak w żadnej nie odegrał bardzo znaczącej roli. W „Fabryce Snów”, o czym wspominał w rozmowie z „Przeglądem Sportowym”, poznał również wiele sław. Miał rozmawiać z Robertem De Niro i Dustinem Hoffmanem, a tak że mieć kontakt z Tomem Cruisem, który nosił okulary produkowane przez firmę byłego żużlowca.

(fot. Archiwum) Bruce Penhall współcześnie

Mimo tego, że Penhall szybko odszedł z zawodowego żużla, to pozostał blisko sportu. Wraz ze swoim oddanym przyjacielem Dennisem Sigalosem startował w wyścigach motorówek. Panowie wywalczyli cztery mistrzowskie tytuły z rzędu! Dzięki temu Penhall stał stał się pierwszym zawodnikiem w historii sportów motorowych, który obronił mistrzowską koronę w dwóch różnych dyscyplinach. Amerykanin pozostaje nadal również blisko żużla. W 2013 roku, po ponad 30 latach ponownie zawitał do Polski.  W Toruniu podczas rundy Grand Prix dopingował Grega Hancocka, o którym w wywiadach mówił wtedy per „dziecko”. Dawny mistrz oczarowany był nie tylko poziomem sportowej rywalizacji, ale tak że tym jak zmienił się nasz kraj. Los, który w sportowym życiu pomagał Amerykaninowi, po raz kolejny dużo ostrzej obszedł się z nim w życiu prywatnym – mężczyzna stracił syna w wypadku.

Wśród kibiców dawnego mistrza nie brakuje i takich, którzy uważają, że po pełnił ogromny błąd, tak szybko rezygnując ze sportu, w którym mógł bić kolejne rekordy. Mistrz, jak przyznawał wielokrotnie, nigdy jednak nie żałował swojej decyzji. Dzięki niej spełnił dwa wielkie marzenia spróbował sił jako zawodowy aktor, a ze sceny zszedł nie pokonany!

Reklama


Html code here! Replace this with any non empty raw html code and that's it.

Must Read

W Łodzi będzie trzęsienie ziemi?

Rozmowa z Norbertem Kościuchem – zawodnikiem Orła ŁódźSukcesu w Łodzi nie było. Może być trzęsienie ziemi…Może tak być. Naprawdę może tak być. Znając prezesa...