More
    Strona głównaI ligaAbramczyk Polonia BydgoszczCzęstochowskie Lwy. W stadzie raźniej

    Częstochowskie Lwy. W stadzie raźniej

    -

    Kiedy milknie warkot żużlowego silnika i nadchodzi koniec kariery, kibice szukają sobie nowych idoli. Zawodnicy odchodzący w cień muszą szukać sobie nowych ścieżek. Jak potoczyły się losy byłych gwiazd Włókniarza Częstochowa? Jak odnaleźli się w świecie bez oklasków i wiwatujących kibiców?

    Częstochowski żużel istnieje od początku ligowej rywalizacji w naszym kraju. Początkowo pod szyldem Częstochowskiego Towarzystwa Cyklistów i Motocyklistów, później już jako Włókniarz.

    Jednym z pionierów żużla był Marian Kaznowski. Jego pięknie rozwijającą się karierę przerwał fatalny wypadek na torze w Lesznie. Skutki kraksy spotęgowało nieodpowiednie leczenie. W kontuzjowanej kończynie pojawiła się gangrena. Były zawodnik, aby przeżyć, musiał poddać się amputacji nogi. Niewielu poradziłoby sobie z tą sytuacją.

    Siła charakteru

    – Wie pan, myślałem o samobójstwie. Kiedyś chciałem nawet wyskoczyć z okna – wyznawał kilka miesięcy przed śmiercią w 2009 roku. – Ale udało mi się przetrwać najgorszy okres w moim życiu, a ogromny wkład w to wszystko miała moja późniejsza żona.

    [bsa_pro_ad_space id=18,21,22,27]

    Kaznowski szybko odnalazł się w nowej roli. Był trenerem, działaczem, a także cenionym sędzią klasy międzynarodowej. Prowadził sklep z częściami samochodowymi. Próbował także swoich sił w polityce.

    – Wszyscy wiedzieli, że jeśli czegoś nie można dostać, dostaną na pewno to u Kaznowskiego – śmiał się czwarty żużlowiec mistrzostw Polski 1950.

    Marianowi Kaznowskiemu łatwiej było odnaleźć się w nowej rzeczywistości, ponieważ był człowiekiem wielu talentów. Komponował własne utwory muzyczne, posiadał również wyższe wykształcenie. Dożył niemal osiemdziesięciu lat, a ostatnie lata życia poświęcił na opiekę nad chorą żoną. Kilkadziesiąt lat wcześniej to ona doglądała jego…

    Nagrobek Mariana Kaznowskiego

    Pierwszy tytuł mistrzowski

    Kilka lat po zakończeniu kariery przez Kaznowskiego zespół spod Jasnej Góry po raz pierwszy w historii sięgnął po mistrzowski laur. Część członków złotej drużyny żużel potraktował jednak wyjątkowo okrutnie i to krótko po wielkim sukcesie. Dwa lata po mistrzowskim sezonie wskutek wypadku na torze zmarł Bronisław Idzikowski, a nieco wcześniej upadek w zawodach na krakowskim obiekcie zakończył karierę Stefana Kwoczały. Mistrz Polski, zarówno indywidualnie, jak i drużynowo z 1959 roku, nie obraził się na żużel. Został trenerem i kontynuował swoją pasję. Zmarł w lipcu 2019 roku.

    Włókniarz cztery razy świętował zdobycie drużynowego mistrzostwa Polski – w 1959, 1974, 1996 i 2003 roku

    Ze złotej drużyny nie żyją już: Julian Kuciak, Tadeusz Chwilczyński i Zdzisław Jałowiecki. Ten ostatni po zakończeniu kariery był prezesem częstochowskiego klubu, chociaż lata jego rządów przypadły na trudny okres Włókniarza. W sierpniu 2007 roku odszedł z tego świata Bernard Kacperak. Po zakończeniu swej bogatej kariery działał w Zarządzie Włókniarza i pełnił funkcję trenera. Mówiąc o złotych chłopakach z 1959 roku nie można zapominać o Stanisławie Rurarzu, który po odstawieniu motocykla w kąt zajął się biznesem. Prowadził salon i warsztat samochodowy.

    15 lat później

    Na następny wielki sukces przyszło kibicom Biało-Zielonych czekać długie 15 lat. W tym czasie bywało różnie. Wzloty i upadki pozwoliły zespołowi okrzepnąć, a pojawiające się przy Olsztyńskiej talenty nabrały pewności siebie i nawet tragiczny wypadek samochodowy, w którym śmierć poniósł Zygmunt Gołębiowski, a Jerzy Bożyk został zmuszony do przerwania kariery, nie zatrzymały Lwów w drodze na szczyt.

    Włókniarz w 1996 roku wygrał finał play off DMP z Apatorem Toruń. Dziesięciopunktowa zaliczka z pierwszego meczu w Częstochowie
    wystarczyła w rewanżu, by sięgnąć po mistrzowski tytuł

    Jednym z najjaśniejszych punktów zespołu był Marek Cieślak. Wychowanek Włókniarza wiele osiągnął na torze, a jeszcze więcej po zakończeniu kariery. Jest trenerem kadry narodowej, a niezliczona ilość medali wywalczonych przez jego podopiecznych w rozgrywkach ligowych i międzynarodowych jest tylko potwierdzeniem jego doskonałej trenerskiej ręki. Wszyscy wiedzą też, że Cieślak ma wiele pasji niezwiązanych z żużlem. Jeździ na rowerze, wraz z żoną hodują psy, a wyszkolona przez małżonkę i synów papuga przedrzeźnia go w nie zawsze nadających się do publikacji słowach.

    Marek Cieślak – utytułowany żużlowiec i trener. Opiekun kadry narodowej, która stanowi światową czołówkę

    Szczęściarz z sukcesami

    – Cieszą mnie małe rzeczy – mówi dzisiaj Marek Cieślak. – Uważam, że jestem szczęściarzem. Nie myślę o tym czego nie udało mi się osiągnąć, a gdy patrzę na wszystkie medale, puchary i dyplomy, myślę, że grzechem byłoby narzekać.

    Marek Cieślak za zasługi w sporcie żużlowym został dwukrotnie odznaczony Orderem Odrodzenia Polski

    Mniej szczęścia miał inny z członków mistrzowskiego zespołu – Jacek Gierzyński. W 1975 roku podczas zawodów o Puchar Bałtyku doznał kontuzji kręgosłupa, która do końca życia przykuła go do wózka inwalidzkiego.

    [bsa_pro_ad_space id=18,21,22,27]

    – Jacka sam przyciągnąłem do żużla – opowiada Cieślak. – Podczas zawodów w Neubrandenburgu upadł na tor, a jadący za nim Niemiec nie zdołał go ominąć. Jackowi bardzo zależało na tym starcie. Chciał trochę dorobić, pokazać się w międzynarodowym towarzystwie.

    Gierzyński o powrocie na tor nie mógł nawet marzyć. Czekała go seria rozpraw sądowych związanych z wypłatą ubezpieczenia i renty. Nie ustępował ani ZUS, ani Zarząd fabryki. Ostatecznie osiągnięto kompromis, ale nie był w stanie zrekompensować mu tego, czego doświadczył.

    Każdy kibic odwiedzający stadion w Częstochowie pamięta wartburga stojącego na koronie stadionu. Gierzyński zza szyby samochodu oglądał zawody, aż do śmierci w styczniu 1999 roku. Nieco ponad dekadę później kibice żegnali Czesława Goszczyńskiego. Zawodnik Włókniarza zdobywający seryjnie medale w latach 70. po zakończeniu kariery dorabiał w firmie ochroniarskiej. Regularnie siadał na pierwszym wirażu przy Olsztyńskiej. Kilka miesięcy przed śmiercią zaczął trenować chłopców, przygotowujących się do zawodów w miniżużlu.

    Wyjechali za chlebem

    Wielu mistrzów Polski AD 1974 szukało szczęścia za granicą. W Niemczech osiadł Henryk Barylski (zmarł w grudniu 2017 roku), a tuż przed ogłoszeniem stanu wojennego w Polsce Włodzimierz Tomaszewski wyemigrował do Australii.

    – Wpłynęło na to kilka rzeczy. Miałem już żonę, chciałem jakoś inaczej ułożyć swoje życie, poza tym z klubu odszedł Tadeusz Tumiłowicz – wspominał podczas jednej z wizyt w Częstochowie zawodnik, który zakończył karierę w wieku zaledwie 23 lat.
    Za granicą swojego szczęścia szukał również Zenon Urbaniec. Wiele lat pracował w Niemczech, jednak postanowił wrócić do rodzinnego miasta. Kupił dom, w którym chciał doczekać jesieni swojego życia. Niestety, nie było mu to dane. 41-letni Urbaniec zginął w wypadku na jednym z częstochowskich skrzyżowań. W jadącego jednośladem byłego żużlowca uderzyła rozpędzona ciężarówka.
    W podczęstochowskim Mstowie mieszka Lech Zapart. Jego kariera nie trwała długo, a po jej zakończeniu imał się różnych zajęć. Prowadził warsztat rzemieślniczy, pracował w jednej z farmaceutycznych firm, a także pełnił funkcję radnego gminy Mstów.

    [bsa_pro_ad_space id=18,21,22,27]

    Czarodziej toru, zaklinacz motocykli

    A co z Jarmułą? – zapyta ktoś. Najbarwniejsza postać czarnego sportu lat 70. i bożyszcze tłumów po zakończeniu kariery zamieszkał w Raciborzu. Kibice z czasem zapomnieli o swoim ulubieńcu, a jego sytuacja finansowa znacznie się pogorszyła. Nie zmienił jednak swojego charakteru i dzisiaj zamiast o problemach woli z szelmowskim uśmiechem czarować publiczność. Mimo upływu lat nie stroni od startów na żużlu. Kiedy jest zapraszany na stadion, wzbudza emocje. Potrafi nie tylko machnąć dwadzieścia pięć pompek, ale również umie z pełnym gazem przejechać cztery okrążenia toru. Mówi o sobie: „Jestem szajbusem”. I coś w tym musi być. Oczywiście z przymrużeniem oka i w dobrym słowa znaczeniu.

    Czarodziej żużlowego toru niedawno gościł na zawodach w Lesznie i Toruniu. Na finale IMP żałował, że nie mógł wystartować, ale ucieszył się, gdy organizator obiecał mu „dziką kartę” w przyszłorocznym finale. W Toruniu był gościem na retro derbach, czyli meczu Apator Toruń – Polonia Bydgoszcz z udziałem byłych żużlowców obu klubów. Jarmuła pokazał kolegom i publiczności, co potrafi wyczyniać na motocyklu. Fani na stojąco bili mu brawo.

    Jarmuła emocji szuka także w powietrzu. Nieobce są mu loty motolotnią, z której przed dwiema dekadami obserwował decydujący o awansie do nowo utworzonej Ekstraligi mecz Włókniarza w 1999 roku.

    Pikująca historia. Odbudowa

    W Częstochowie po latach sukcesów nadeszły gorsze czasy, nazywane nawet „czarną dekadą” w historii klubu. Drugoligowa banicja zakończyła się, kiedy na tor coraz częściej zaczęli wyjeżdżać młodzi wychowankowie – Sławomir Drabik, Dariusz Rachwalik i kolejni. To właśnie Drabik był trzonem mistrzowskiego zespołu z 1996 roku. Później jeszcze wiele lat cieszył kibiców swoją jazdą, by potem zająć się karierą syna – Maksyma. W ubiegłym roku pomagał Bartoszowi Świącikowi, a obecnie zajmuje się najmłodszym narybkiem częstochowskiego klubu.

    Sławomir Drabik w Warszawie sięgnął po złoty medal IMP

    Rachwalik natomiast zniknął z żużlowego światka, by powrócić jakiś czas temu jako doradca i mentor Oskara Polisa.
    Nieco inną drogę obrał Józef Kafel. Odnaleźliśmy go w podczęstochowskich Rędzinach. Jeden z największych talentów w historii Włókniarza może tylko żałować, że jego kariera rozpoczęła się w schyłkowym momencie potęgi klubu spod Jasnej Góry i przez wiele lat jeździł w zespole seryjnie przegrywającym swoje mecze. Po kilku latach powrócił do częstochowskiego parku maszyn, pełniąc rolę trenera, by w czerwcu 2018 roku zostać członkiem wyjątkowego przedsięwzięcia.

    [bsa_pro_ad_space id=18,21,22,27]

     Przez pewien czas trenowałem miniżużlowców w Częstochowie, ale pojawiły się problemy, o których wszyscy już chyba słyszeli i kiedy tamtejszy klub niemal upadł, pojawiła się propozycja od Sławka Misiewicza, obecnego prezesa UKS Speedway Rędziny – wspomina Józef Kafel.

    Klub powołany został na początku 2017 roku. Niemal od zera wybudowano minitor i w czerwcu ubiegłego roku pełną parą wystartowały treningi.

    – Obecnie w szkółce mamy dwunastu adeptów. Wychodzimy z założenia, że nie można na nich wymuszać presji, musi to być przede wszystkim zabawa. Ta praca daje mi ogromną satysfakcję – przyznaje Kafel. – Ostatnio jeden z naszych 12-letnich adeptów wsiadł na motocykl Huberta Łęgowika i bez trudu pokonywał wiraże rędzińskiego obiektu – kończy z wyraźną satysfakcją.

    Tajemnica sukcesu

    Wracając do niespodziewanych mistrzów Polski sprzed ponad 20 lat nie można nie wspomnieć o Robercie Przygódzkim. Słynący z niesłychanej ambicji żużlowiec z sentymentem opowiada o latach swoich startów.

    – Bywało różnie z działaczami i pieniędzmi, ale kiedy patrzę dzisiaj wstecz, myślę, że to były bardzo fajne czasy. Wszyscy codziennie spotykaliśmy się na stadionie, byliśmy bliskimi kolegami. Kluczem do mistrzostwa w 1996 roku była przede wszystkim atmosfera – mówi Przygódzki.

    [bsa_pro_ad_space id=18,21,22,27]

    Wojownik żużlowych torów nie myśli o zostaniu trenerem

    – Nie zarzekam się, że nigdy nie zrobię papierów, ale wydaje mi się, że mój charakter znacznie by to utrudniał – śmieje się. – Obecnie sprawy zawodowe nie pozwalają mi na regularne bywanie na stadionie, ale jeszcze niedawno nie odpuszczałem żadnego meczu Włókniarza – dodaje.

    Ułamek się nie poddaje

    Z mistrzowskiej ekipy tylko Sebastian Ułamek pojawia się od czasu do czasu. Jego partner z formacji juniorskiej sprzed lat – Rafał Osumek – po serii kontuzji zakończył karierę i doglądał motocykli m.in. Petera Ljunga, Antonio Lindbaecka i Artura Czai. Obecnie opuścił park maszyn. Bywa na zawodach i uważni kibice mogą wypatrzeć go na trybunach częstochowskiego obiektu.

    Miejsce Osumka i Ułamka, po skończeniu przez nich wieku juniora, zajął Artur Pietrzyk, który w wieku 30 lat zrezygnował z jazdy i skupił się na prowadzeniu własnej działalności.

    Różnie potoczyły się losy byłych gwiazd Włókniarza Częstochowa. Bernard Kacperak powiedział kiedyś, że czuje się zmieszany, kiedy kibice pamiętają więcej z czasów jego startów niż on sam. Nie ma w tym jednak nic dziwnego. Częstochowa kocha żużel i nie zapomina o swoich bohaterach. A oni bez żużla żyć nie potrafią.

    Bartłomiej Jejda

    Fotografie:
    Archiwum Marka Soczyka
    Archiwum Bartłomieja Jejdy
    Archiwum Marka Cieślaka
    Archiwum Roberta Przygódzkiego

    Reklama

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!
    Proszę podać swoje imię tutaj

    - Advertisment -

    Must Read

    Jason Doyle ostro nawrzucał Patrykowi Dudkowi

    Do spięcia pomiędzy nimi doszło na zawodach w Toruniu, kończących zmagania o medale indywidualnych mistrzostw świata. Jeden i drugi pożegnali się ze Speedway Grand...