Strona główna Reportaż Florek, chłopak z Szymanowa

Florek, chłopak z Szymanowa

-

W latach 50-tych ówczesne gazety bez zbędnych ceregieli nazywały go „najlepszym polskim żużlowcem”. Ten chłopak z Szymanowa, wsi pod Rawiczem przebojem zdobył serca i uznanie kibiców oraz szacunek rywali. Florian Kapała, czyli “Florek” rozpalał wyobraźnię, dzisiaj nazwalibyśmy go sportowym celebrytą. A żużlowcem został przez przypadek…

Urodził się w 1929 roku w Szymanowie. Rodzice uprawiali ziemie, brat był kowalem, on wyuczył się na ślusarza. Pracował w warsztacie w Rawiczu, po godzinach chodził oglądać treningi żużlowców z miejscowego klubu, którzy ścigali się, jak wspominał, „na torze piaskowym”.

„Nie chciano mnie przyjąć do klubu” opowiadał w 1956 roku w wywiadzie dla jednego z tygodników. Reporter gazety odwiedził rodzinę Kapałów, a z wizyty powstał obszerny, okraszony zdjęciami reportaż. Florek pomagał trochę przy maszynach, ale nie jeździł. I być może nigdy by nie wsiadł ma motocykl gdyby nie:

Przed jakimś meczem z powodu choroby zabrakło jednego zawodnika. Kierownictwo przypomniało sobie wtedy, że „zgłaszał się tu niejaki Kapała”. Pokazano mi jak trzeba brać wiraże, żeby nie upaść. Spróbowałem. W Gostyniu wygrałem wszystkie biegi. Potem poszło już gładko.

Florian Kapała (pierwszy z lewej) zaczynał przygodę z żużlem w Kolejarzu Rawicz (fot. Archiwum)

Cichaczem do Rzeszowa

W 1953 roku zdobył po raz pierwszy tytuł Indywidualnego Mistrza Polski. Ten wyczyn powtarzał jeszcze w 1956, 1961 i 1962 roku. Zdobywał złote, srebrne i brązowe medale Drużynowych Mistrzostw Polski, był finalistą indywidualnych i drużynowych mistrzostw świata. Florek był idolem rawickich kibiców. Ale w 1958 roku ta miłość poddana została bardzo ciężkiej próbie. W lutym Florian Kapała przenosi się do Stali Rzeszów.

– To wprawdzie nie działo się za moich czasów, ale pamiętam tę historie – wspominał kilka lat temu w Panoramie Leszczyńskiej Józef Rzepka, dziś już niezyjący działacz żużlowy związany wpierw z Unią Leszno, a potem przez 20 lat ze Stalą Rzeszów. – Cały Rawicz był w szoku.

Był w szoku, bo ich ukochany Florek wyprowadził się z miasta w nocy, nie pytając nikogo o zdanie. Sprawa była szeroko opisywana w sportowej prasie tamtych lat.

„Sportowi komiwojażerzy nie ominęli Rawicza. Czy 7 tysięcy i Moskwicz zrobią swoje?” grzmiał na pierwszej stronie poznański Kurier Sportowy. Był rok 1958, a brzmi bardzo współcześnie, prawda?

Przeprowadzka omal nie złamała kariery Florka, bo rawicki klub, który nie wydał zgody na przenosiny zawiesił zawodnika.

Reklama

„K.S. Stal grozi procesem! Macierzysty klub karze niewiernego wychowanka najlepszego żużlowca Polski dwuletnią dyskwalifikacją” pisała na czołówce inna z gazet. Ostatecznie Wydział Sporu Żużlowego w Warszawie uchylił karę zawieszenia tłumacząc to między innymi „faktem wielkiej przydatności Floriana Kapały w produkcji motocykli FIS [wytwarzanych wtedy w Rzeszowie]”

Florek w muzeum

Florian Kapała, który zmarł w 2007 roku w Tarnowie do końca swojej zawodniczej kariery był związany ze Stalą Rzeszów, gdzie do dziś uważany jest za jednego z najwybitniejszych zawodników tego klubu. A i Rawicz zapomniał urazy. W 2007 roku miejscowemu stadionowi żużlowemu nadano imię tego wybitnego sportowca. A w miejscowym muzeum powstała ekspozycja poświęcona Florkowi. Inicjatorem był ówczesny rawicki radny Tomasz Organistka, wielki żużlowy kibic, dzięki któremu w rawickim muzeum znalazł się prawdziwy biały kruk czarnego sportu. To dwie opasłe kroniki Floriana Kapały wypełnione wycinkami gazet, archiwalnymi, prawdopodobnie nigdzie i nigdy nie publikowanymi zdjęciami z lat 50 i 60. To kawał historii polskiego żużla. Dla kibiców, których pasjonują nie tylko dzisiejsze zmagania na torze, rzecz nie do przecenienia.

Jest 1961 roku. Chyba żaden kibic w Polsce nie ma wątpliwości kto jest najlepszym żużlowcem w Polsce. Oczywiście Florek. Właśnie zdobył swój trzeci w karierze tytuł Indywidualnego Mistrza Polski i drugi Drużynowego Mistrza Polski ze Stalą Rzeszów. Gazety, nie tylko sportowe, idolowi kibiców czarnego sportu poświęcają całe szpalty.

Białe kruki czarnego sportu

Ale gazetowe teksty mają to do siebie, że żyją intensywnie, lecz krótko. Na szczęście wtedy, w 1961 roku jest ktoś, kto pieczołowicie gromadzi wycinki, przechowuje, z czasem wkleja, do opasłych kronik. Kto to robił do końca nie wiadomo. Prawdopodobnie teść zawodnika. Florek wspomni o tym mimochodem w którymś z wywiadów. Pewnie nawet przez myśl mu nie przeszło, jak cennym po latach źródłem wiedzy nie tylko o nim, ale o polskim żużlu przełomu lat 50. i 60. będzie ten zbiór gazetowych tekstów i czarno-białych fotografii. Dzisiaj, w 2020 roku, to prawdziwe białe kruki czarnego sportu.

Kroniki ze zdjęciami Floriana Kapały to dziś białe kruki czarnego sportu w Polsce (fot. Magazyn Żużel/Arkadiusz Jakubowski)

W 1961 roku jeden z tygodników publikuje czteroodcinkowy cykl pod zbiorczym tytułem „Ze wspomnień asa czarnego sportu Floriana Kapały” autorstwa Ryszarda Barnerta i Andrzeja Soroczyńskiego. Obejmują okres od 1948 do 1961 roku. Oto jego fragmenty.

Na wirażu. Część I.

1948 rok.

„Rasowe maszyny żużlowe znano wtedy tylko z fotografii. Do wyścigów na czarnym torze przysposabiano drogą domowych przeróbek najróżniejsze motocykle (…) Zasadniczej modernizacji podlegał silnik. Zwiększano stopień sprężania, wymieniano tłoki, poszerzano gniazda zaworowe. Zabiegi te miały na celu wyciągnięcie ze staruszków możliwie wysokiej mocy. (…) Skracano także ramy w celu obniżenia wagi maszyn i poprawy ich własności jezdnych. Fabryczne zbiorniki zastępowano małymi puszkami blaszanymi. Rzecz jasna nie wpływało to dodatnio na estetyczny wygląd motocykli. „Victoria 350”, której dosiadał Kapała była też takim dziwolągiem.”

1949 rok.

Obserwował Smoczyka na treningach. Pierwsze okrążenie leszneński zawodnik przejeżdżał na połowie gazu trzymając lewą nogę opartą o kartel silnika. Przed wejściem w wiraż raptownie dodawał gazu, łamał maszynę i bezbłędnie prowadził motor w pełnym „slidzie”. Doskonale panował na „Japem”. Jakby płynął po torze. Po treningu Smoczyk skrupulatnie sprawdzał silnik. Widać, że mechanizm nie miał dla niego żadnych tajemnic. Inni zawodnicy pozostawiali te czynności wyłącznie mechanikom.

Kapała dobrze podglądnął mistrza. W biegu,w którym się z nim zmierzył, zajął drugie miejsce.

8 październik 1950 rok.

Kraków stadion Gwardii. Indywidualne Mistrzostwa Polski.

Na starcie cała elita: Olejniczak, Kołeczek, Glapiak, Spyra, Karnowski, Dziura, Suchecki, Fijałkowski, Malinowski, Rataj, Maciejewski i Kapała, który zaczynał się liczyć.

“Florek”, chłopak z Szymanowa (fot. Archiwum)

Ósmy wyścig rozpala widownię do białości. Aktorami niesłychanie emocjonującego widowiska są Suchecki i Kapała. Od pierwszego metra toczą zaciętą walkę o prowadzenie. Atakują się nawzajem od wewnętrznej i po zewnętrznej stronie toru. Obaj są bardzo młodzi. Obaj są bardzo ambitni. Pojedynek jest dla nich sprawą honoru. Stawiają wszystko na jedną kartę. Nikną chwilami dla widzów w strugach żużla. Pięciokrotnie zmieniają prowadzenie. Toczą walkę o centymetry. Na niektórych wirażach wydaje się, że ich dwie maszyny stanowią jedność. Kapała ma trochę ładniejszy styl. Suchecki imponuje odwagą i błyskawiczną orientacją. Jego jazda jest jednak niebezpieczna. Na ostatnim łuku Suchecki szaleje. Ocierając się o Kapałę, wyprzedza go minimalnie i zwycięża, mając na mecie kilkudziesięciocentymetrową przewagę. Publiczność oddycha z ulgą. To widowisko zjednało wielu nowych kibiców dla żużla.

Reklama

Tytuł mistrza zdobył Olejniczak, który wygrał wszystkie swoje biegi. Florian Kapała zajął w Krakowie miejsce trzecie. Autorzy cyklu piszą:

Działacze wręczając dwudziestodwuletniemu zawodnikowi z Rawicza honorowy dyplom na pewno przez moment nawet nie pomyśleli, że jedenaście lat później tenże Florian Kapała poprowadzi drużynę polską do zwycięskiego boju o tytuł mistrza świata.” Stanie się to w 1961 roku we Wrocławiu.

1951 rok.

Zaczął się fatalnie. Kapała złamał nogę”. Nie, nie na torze, ale na nartach, na obozie kondycyjnym w Zakopanem.

CDN…

Musisz przeczytać

A jednak Pawlicki w GKM Grudziądz!

Nie miał lekkiego życia w tym sezonie, ale jak przystało na prawdziwego mężczyznę, spróbuje naprawić to, co zepsuł. Przemysław Pawlicki dostał kolejną szansę. W...

W Lesznie to nie działa