Strona główna Reportaż Jak„Łabędź” latał w Grand Prix na długim torze

Jak„Łabędź” latał w Grand Prix na długim torze

-

Tylko kilku Polaków próbowało swych sił na long tracku. Najwięcej osiągnął w tych wyścigach Adam Łabędzki

Polska w tym roku będzie gospodarzem zawodów rangi mistrzostw świata w wyścigach na długim torze. Finałowa runda rywalizacji odbędzie się w Rzeszowie. Gospodarz może skorzystać z prawa do „dzikiej karty” i wystawić swojego reprezentanta. Tylko, kogo posłać w bój, gdy polscy żużlowcy o long tracku mają raczej blade pojęcie.W przeszłości tylko kilku polskich zawodników testowało długi tor. Najwięcej osiągnął Adam Łabędzki. Wychowanek leszczyńskiej Unii, ponad dwie dekady temu, ścigał się w finałach mistrzostw świata.

Chciałem spróbować czegoś nowego, chociaż mówili, że niebezpieczne, żebym się dwa razy zastanowił. Nikt nie był w stanie mnie powstrzymać. Motor kupiłem od niemieckiego tunera Otto Weissa i pojechałem. Rywalizacja na popularnym long tracku, to był kosmos w porównaniu z wyścigami na żużlu. Na prostej 160 km/h, pełna manetka gazu. Ogień! Nie było czasu zastanawiać się, jak wjechać w wiraż, gdzie są konkurenci, bo chwila nieuwagi i oni przejeżdżają ci pod łokciem – wspomina Adam Łabędzki, finalista mistrzostw świata w wyścigach na długim torze w 1997 roku.Popularny„Łabędź” dwa sezony startował na długich torach i w wyścigach na trawie.

Zacznijmy od tego, że motocykl do wyścigów na długim torze różni się od tego do jazdy na żużlu. Maszyna na długie tory posiada skrzynię biegów i zupełnie inną ramę – tłumaczy Adam Łabędzki

Dostał w twarz

W latach 80. Polscy żużlowcy próbowali swoich sił na długim torze. Jako jeden z pierwszych na zawody do Niemiec wyjeżdżał Czesław Piwosz z Unii Leszno, ale o sukces było bardzo ciężko.

Największy kłopot zawsze stanowił ograniczony dostęp do profesjonalnego sprzętu.
Na swoje pierwsze zawody na trawiastym torze zabrałem mechanika i pojechaliśmy do Niemiec. Dla mnie to była nowość. Nawet sobie nie wyobrażałem, jak wygląda rzeczywistość. Mechanik stał kilka metrów od toru i jak dostał w twarz darnią trawy wyrwanej spod koła motocykla, to był zamroczony. Były dziury na torze i koleiny na głębokość opony. Proszę sobie wyobrazić, nikt nie protestował. To była mocna zabawa! – opowiada Adam Łabędzki były żużlowiec Unii Leszno, WTS Wrocław, JAG Łódź i Kolejarza Opole. Wychowanek leszczyńskiej Unii i dwukrotny indywidualny wicemistrz Polski zakwalifikował się do Grand Prix IMŚ na długim torze w 1997 roku.

Łabędzki nie miał gdzie trenować. Motocykle testował na łące. Próbował jeździć nimi również po polach. W Polsce nie miał z kim się ścigać.

Żużel wtedy znajdował się w cieniu wyścigów na długim torze. W long tracku na zachodzie Europy były dużo większe pieniądze, niż w speedwayu. Widowiska stały na wysokim poziomie. W Niemczech, Anglii, Holandii przyciągały tysiące kibiców. Egon Muller, Karl Maier, Simon Wigg, czy Kelvin Tatum w tamtych czasach tak wymiatali na długich torach, że nie mogłem się na nich napatrzeć – opowiada„Łabędź”

Z bezpieczeństwem na bakier

W 1996 roku postanowił spróbować swoich sił w turniejach towarzyskich.
Wrażenia niesamowite – twierdzi i uśmiecha się, przytaczając zdarzenia, które na długo zapadłym mu w pamięci. – Widziałem w akcji najlepszych specjalistów w jeździe na długim torze i na trawie. Egon Muller, wielokrotny mistrz świata, jeździł naprawdę fenomenalnie. Najlepsi zasuwali z taką finezją, że aż trudno sobie wyobrazić. Pamiętam wyścig, w którym Joe Screen przejechał całą prostą na jednym kole. Pędził z bardzo dużą prędkością ponad 150 km/h.
Wypadki na długim torze często kończą się tragicznie. Organizatorzy starają się dbać o bezpieczeństwo zawodników, ale daleko im do profesjonalizmu. Łabędzki w Niemczech startował na torach, które otaczały snopy słomy. Co gorsza, znajdowały się np. obok lotniska lub w szczerym polu. Żeby tylko był kawałek areału i można było wytyczyć tor.

W 1997 roku po raz pierwszy indywidualne mistrzostwa świata na długim torze zorganizowano w formule Grand Prix. Odbyło się pięć turniejów: w Aduard i Marmande (Francja), Cloppenburgu
i Pfarrkirchen (Niemcy) oraz u naszych południowych sąsiadów w Mariańskich Łaźniach. Mistrzem świata został Niemiec Tommy Dunker. Adam Łabędzki uplasował się na 19 miejscu

Wychowanek Unii Leszno widział wypadek Gerda Rissa. Spadł z motoru i leciał po torze ponad sto metrów. Gdy lekarze zabierali go do szpitala miał ciało we krwi.

Gliniana szpryca

Niektóre tory miały gliniastą nawierzchnię. Szpryca spod koła była tak ciężka, że można było spaść z motocykla – wspomina Adam.
W Europie najlepsi zawodnicy wywodzili się z Niemiec. Cała plejada gwiazd ścigała się za naszą zachodnia granicą. W Niemczech ukazywały się gazety, które w całości traktowały o wyścigach na długim torze i na trawie. Łabędzki poznał specyfikę lang tracka nie tylko w Europie, ale również miał okazje pojeździć w Australii.

Na Antypody wybrali się we trójkę – Tomasz Bajerski, Sławomir Drabik i „Łabędź”.

Australijskie tory miały betonowe bandy. Zaprosili nas na zawody, w których brało udział ponad stu zawodników. Impreza trwała cały dzień – od rana do wieczora. Startowały chyba wszystkie odmiany motosportu, czyli motocross, sidecary, żużel, long track, Grass track i wiele innych – relacjonuje były żużlowiec.

Leszczynianin wziął udział w turnieju na długim torze. Przebrnął eliminacje i wystąpił w finale.
– W finałowym biegu na starcie stanęło 14 zawodników. Na pierwszym wirażu nie wiedziałem, którędy atakować. Było tak ciasno, że dotykaliśmy się łokciami i każdy z nas trzymał full-gaz. Działo się – kończy Łabędzki

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

MUSISZ PRZECZYTAĆ

Ty też możesz wygrać autobiografię „Tajskiego”

Przyjrzyj się zdjęciu i napisz, co, Twoim zdaniem, w tej sytuacji powiedział Tai Woffinden.Trwa nasz internetowy konkurs pod nazwą „Co powiedział Tai?”. Nagrodą jest...