Strona głównaEkstraligaKoziołki, czyli przez trudności do gwiazd. Historia pewnej reaktywacji

Koziołki, czyli przez trudności do gwiazd. Historia pewnej reaktywacji

-

Łacińska sentencja, do której chętnie wracają sportowi komentatorzy, brzmi „per aspera ad astra”, co wyjaśnić można jako „przez trudności do gwiazd”. Na mapie żużlowej Polski znajdziemy zespół, którego historia naznaczona jest licznymi problemami. Te jednak pozwoliły ukształtować drużynę, której uporu oraz wyjątkowych i znanych na całym świecie kibiców zazdrościć może naprawdę wielu.

Nim sprawdzimy, w jaki sposób narodziły się lubelskie Koziołki, warto zajrzeć do kroniki Wincentego Kadłubka, według którego ośrodek, w którym dzisiaj ścigają się żużlowcy, miała założyć siostra samego Juliusza Cezara! Taką bowiem historię na łamach swoich prac przedstawia kronikarz, który stwierdza, że na początku naszej ery Leszko III – legendarny władca Polski nie tylko trzykrotnie pokonał w bitwach Cezara, ale również doceniony przez przywódcę Rzymian otrzymał za żonę jego siostrę – Julię. Kobieta miała od swego imienia na terenie dzisiejszej Polski stworzyć dwa ośrodki – Julius oraz Julin, który następnie stał się Lublinem (lub też Wolinem). Choć późniejsi historycy nie potwierdzają wydarzeń opisanych przez Kadłubka, niewątpliwie warto do nich nawiązać.

(fot. Magazyn Żużel /Mariusz Cwojda)

Podobnie jak do historii o przepięknej kobiecie imieniem Lubla, która miała rozkochać w sobie syna księcia rządzącego grodem w Chodliku. Gdy gród został zniszczony podczas wielkiej powodzi, książę, który przejął władzę po śmierci ojca, miał stworzyć nową osadę. Tę od imienia ukochanej nazwać miał właśnie Lublin. Mniej romantyczne podania wspominają o tym, że nazwa miasta pochodzi od imienia jej założyciela lub też od nazwy ryby – lina.

Kibice pośrodku toru

Na debiut w ligowych zmaganiach lubelscy kibice czekali dość długo, po raz pierwszy zawody żużlowe mieli obserwować krótko po II wojnie światowej, w 1947 roku, kiedy to rozegrano turniej o Puchar „Życia Lubelskiego”. Zawody były nad wyraz nietypowe. Nie tylko zostały rozegrane na zwykłej bieżni, a zawodnicy startowali na własnych, popularnych wtedy motorach, ale również kibice zajęli niestandardowe miejsca. Zamiast usiąść wokół toru, mieli oni stać pośrodku boiska. Emocje zgromadzonej publiczności na pewno podgrzał również fakt, że w jednej z kategorii w popisowym stylu zwyciężył zaledwie 16-letni Włodek Szwendrowski, który lokalnych fanów będzie cieszył jeszcze wielokrotnie.

Czytaj więcej  Emil Sajfutdinow powiedział wprost, co myśli o szczepionce na Covid-19

Nim jednak to się stanie, to na dawnych lubelskich bagnach dzięki wsparciu sympatyków sportu oraz działaczy Lubelskiego Klubu Motorowego powstanie tor żużlowy. Na tym już w 1949 roku ścigać będą się najlepsi krajowi zawodnicy, na czele z Alfredem Smoczykiem. Żużlowcy spotkają się w mieście, by podczas kilkudniowego obozu uczyć się jazdy pod okiem reprezentanta Czechosłowacji Frantiska Seberki. W kolejnych sezonach lokalny zespół – LKM „Ogniwo” Lublin zorganizuje również spotkania towarzyskie. Nie wystawi jednak ligowej drużyny, a centralizacja sportu żużlowego doprowadzi do tego, że lubelscy wychowankowie, na czele ze Szwendrowskim zostaną reprezentantami innych miast.

Mistrz kocich łbów

Wróćmy do historii Pana Włodzimierza, którego bez ogródek nazwać można jednym z pierwszych żużlowych celebrytów. To dla niego fani mieli zjeżdżać na zawody autokarami, a nawet wyłamać bramę stadionu! Przyszły zawodnik, jak wspomina na swoich łamach portal redbull.com.pl, miłość do motocykli miał we krwi – jego dziadek i ojciec prowadzili bowiem warsztat mechaniczny. To właśnie z niego, jako młokos, przyszły gwiazdor miał podkradać motocykle, by szaleć na kocich łbach.

Doświadczenie, które Włodek zdobył jako dzieciak, przełożyło się prawdopodobnie na to, co stało się w kolejnych sezonach. Już w 1951 roku, jako 20-latek na Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu wywalczył tytuł mistrza kraju. Co ciekawe, Szwendrowski zdobył tyle samo punktów co drugi Alfred Spyra z Górnika Rybnik. O kolejności w zawodach nie zdecydował jednak bieg dodatkowy, ale stoper. Zwycięzcą został lublinianin, ponieważ w pięciu biegach uzyskał lepszą sumę czasów od rywala.

Pobity mistrz świata

Szwendrowski historię napisał również cztery lata później. W 1955 roku, gdy w ramach mistrzostw kraju rozegrano aż cztery finałowe turnieje, znów okazał się najlepszy i jako pierwszy żużlowiec w naszej historii sięgnął po co najmniej dwa mistrzowskie tytuły. Zawodnik z Lublina swój kunszt udowadniał jednak nie tylko na krajowych obiektach. Jako pierwszy Polak w historii dokonał też kolejnej sztuki – aż dwukrotnie w 1955 i 1962 roku pokonał aktualnego mistrza świata Petera Cravena!

Reklama

Pokaz mocy dał także w 1956 roku w Lublinie, gdy na oczach „domowej” publiczności jak równy z równym walczył z legendarnymi Szwedami – Ove Fundinem i Olle Nygrenem. Niestety, kariera polskiego mistrza została przerwana w dramatyczny sposób w 1957 roku, gdy spowodował śmiertelny w skutkach wypadek samochodowy. Po kilku latach w więzieniu powrócił jednak na tor, a sympatycy żużla pokazali, że nie zapomnieli o swoim idolu. Jak pisze Robert Noga, na stadion w Łodzi, której barwy zawodnik reprezentował, przybyli tak tłumnie, że ci z nich, którzy nie zdołali wejść na obiekt, wyłamali bramę!

Debiutancka kłótnia

Wróćmy jednak do losów lubelskiej drużyny, która w ligowych zmaganiach zadebiutowała w 1956 roku i przez dwa sezony ścigała się w II lidze. W 1956 roku rozgrywki tej klasy były nadwyraz ciekawie zorganizowane – zespoły startowały w dwóch grupach „Północ” oraz „Południe”, a te, które zajęły dwa najwyższe miejsca w swoich kategoriach, walczyły o awans do I ligi. Kolejne zmiany w systemach rozgrywek oraz ostatnie miejsce w tabeli zmagań w 1957 roku spowodowały, że w 1958 roku LPŻ Lublin startował w III lidze. Niestety – był to ostatni sezon startów zespołu. Jak wspomina Maciej Maj – znawca historii lubelskiego żużla pomiędzy klubem a właścicielem stadionu miało dojść do konfliktu. Dodatkowo w mieście powstała druga sekcja oraz szkółka żużlowa – „Budowlani”. Jej działanie było problematyczne, ponieważ w tamtym czasie przepisy zabraniały istnienia więcej niż jednego klubu żużlowego w jednym mieście. Te wszystkie czynniki spowodowały, że czarny sport w Lublinie niemalże przestał istnieć, a stadion zaczął podupadać.

Czytaj więcej  Emil Sajfutdinow odmówił i nie pojedzie

Powrót bez fajerwerków

Ratunkiem dla lubelskiego żużla okazało się powstanie przy istniejącym obok Fabryki Samochodów Ciężarowych klubie piłkarskim RKS Motor Lublin sekcji żużlowej. Dzięki jej zaistnieniu w 1962 roku w rozgrywkach II ligi pojawił się zespół Motor Lublin. Pierwsze sezony startów nie były jednak dla drużyny zbytnio udane – co prawda nie zajmowała ona ostatniego miejsca w tabeli zmagań niższej klasy rozgrywkowej, ale również daleka była od walki o awans do I ligi. Marzenie o sukcesach pojawiło się w 1968 roku, gdy zespół zmagania w swojej klasie rozgrywkowej zakończył na trzecim miejscu i uległ jedynie Śląskowi Świętochłowice oraz Unii Leszno. Kolejny sezon pokazał jednak, że był to jednorazowy wyskok formy drużyny i ta aż do 1976 roku musiała czekać na spełnienie swoich marzeń.

Fakt, że lubelski Motor nie rywalizował w najwyżej klasie rozgrywkowej, nie oznaczał jednak, że lokalni kibice nie mogli obserwować zawodów na najwyższym poziomie. Do takich doszło m.in. w 1967 roku, gdy do Lublina przyjechała ekipa z ZSRR, na której czele stał Igor Plechanow – dwukrotny srebrny medalista IMŚ z 1964 i 1965 roku. W skład polskiej reprezentacji weszło natomiast aż pięciu reprezentantów miejscowego klubu. O randze wydarzenia może świadczyć jego frekwencja – zawody na żywo miało oglądać nawet 30 tysięcy osób, którym zaserwowano nie tylko sportowe widowisko. Dodatkowo bowiem, jak wspomina na łamach książki „Z Koziołkiem na plastronie” Maj, w uroczysty sposób powitano oba zespoły, po raz pierwszy zastosowano tablicę świetlną, a po każdym biegu w powietrze wystrzeliwano race, których kolor uzależniony był od tego, która z drużyn okazała się lepsza. Nie zawiedli również polscy żużlowcy, którzy zwyciężyli wynikiem 46:30. Największej sensacji, o której rozpisywała się prasa, dokonał natomiast Wojciech Kowalski. Reprezentant Motoru po zaciętym boju pokonał Plechanowa!

Kępa na pokładzie

(fot. Magazyn Żużel) Marek Kępa

Wróćmy do 1976 roku – Motor Lublin wreszcie dopiął swego. W ligowych zmaganiach przegrał tylko dwa spotkania i wywalczył prawo startu w najwyżej klasie rozgrywkowej. Choć przygoda trwała tylko rok, to pozwoliła mierzyć się z najlepszymi przyszłej gwieździe zespołu, czyli Markowi Kępie. Ten w pamiętnym 1976 roku uzyskał licencję żużlową, a początki swojej przygody z żużlem na łamach książki „Asy żużlowych torów” wspominał następująco: „Mój nieżyjący już sąsiad Czesław Czobot namówił mnie, abym wziął udział w sprawdzianie dla kandydatów do szkółki żużlowej. Przeprowadzał go znany trener, świętej pamięci Rysio Bielecki. Przyszło na tę próbę ze stu chłopaków, a może i więcej. Jeździło się motocyklem crossowym po torze przeszkód. W kwietniu 1976 roku zacząłem treningi w Motorze, a na jesień zdobyłem licencję”.

Kolejne sezony Motor Lublin znów spędził w niższej klasie rozgrywkowej, w której mimo dobrej postawy i kilkukrotnego zajęcia drugiej pozycji pozostał aż do 1982 roku, który udany był nie tylko dla zespołu, ale i dla Marka Kępy. Zawodnik, który już rok wcześniej został wybrany Najlepszym Sportowcem Lubelszczyzny, zajął najwyższą w swojej karierze lokatę w Indywidualnych Mistrzostwach Polski – na torze w Zielonej Górze wywalczył siódmą pozycję. Rok wcześniej na swoim koncie zapisał również wicemistrzostwo Młodzieżowych Indywidualnych Mistrzostw Polski.

Przykry epizod

Zawodnicy, którzy później przesądzili o wygranej Lublina w zmaganiach II ligi, w 1982 roku swoją formę zimą wykuwać mieli m.in. podczas zgrupowania w Rabce, gdzie jednym z punktów katorżniczego obozu był bieg na Turbacz, czyli szczyt położony 1 310 metrów nad poziomem morza. Oczy kibiców znów zwrócone były na Marka Kępę, który jak wspomina na łamach „Speedwaya ponad wszystko” Henryk Jezierski, miał otrzymać propozycję startów w lidze angielskiej. W zmaganiach tej jednak nie wziął udziału, ponieważ Motor Lublin, podobnie jak inne polskie kluby w tym okresie, przeciwny był eskapadom swoich zawodników i stawiał zaporowe dla brytyjskich działaczy żądania. Prawo startów Kępy na Wyspach miało zostać wycenione na 700 funtów, osiem opłaconych przejazdów na mecze ligowe oraz cztery silniki.

Niestety dla lubelskiego żużla zetknięcie się ze zmaganiami najwyżej klasy rozgrywkowej w 1983 roku było jedynie krótkim i nieudanym epizodem. Zespół w całym sezonie wygrał tylko dwa spotkania, a jedno zremisował, co spowodowało, że z bilansem piętnastu porażek znów spadł do II ligi. W tej pozostał aż do wygranej w 1989 roku, która otworzyła Lublinowi drzwi do walki z najlepszymi oraz sprowadziła do miasta „legię cudzoziemską”.

Najdrożej sprzedany

Nim przejdziemy do tego, co wydarzyło się w 1990 roku, nie można nie wspomnieć o prawdopodobnie najdroższym żużlowym transferze, do którego doszło w trakcie istnienia Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Co ciekawe, astronomiczna kwota została zapłacona właśnie za wówczas 25-letniego Marka Kępę, po którego w 1984 roku zdecydował się sięgnąć Start Gniezno. Chęć startów w najwyższej klasie rozgrywkowej wyrażać miał również sam zawodnik, przeciwny jego odejściu był jednak rodzimy klub. Znów, podobnie jak w przypadku ofert z Wielkiej Brytanii, rzucono kwotę, która miała być zaporowa.

Tak się jednak nie stało i jak opisuje „Przegląd Sportowy” Start miał za zawodnika zapłacić aż cztery miliony ówczesnych złotych! Dla porównania, według danych prezentowanych przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych, przeciętne wynagrodzenie w tym samym roku wynosiło niespełna 17 tysięcy złotych miesięcznie.

Kępa jednak już rok później powrócił do reprezentowania rodzimego zespołu, z którym osiągnął również największe sukcesy w jego historii. Zanim jednak to się stało, Motor ponowie sprzedał swoich zawodników – do Tarnowa przeszli Janusz Łukasik i Piotr Styczyński. Za zawodników klub otrzymał sprzęt, który pozwolił na podwyższenie poziomu zespołu.

Czytaj więcej  Krzysztof Kasprzak (Stal Gorzów) nie oszczędza

Nowoczesny Supryn

Wraz z nadejściem 1990 roku w historii lubelskiego żużla rozpoczął się czas, który określić można jako udany. Wszystko za sprawą polityki transferowej drużyny, która już przed sezonem wywołała ogromne emocje. Zespół podpisał bowiem wstępne umowy aż z pięcioma obcokrajowcami – dwoma Czechosłowakami: Antonim Kasperem i Romanem Matouskiem oraz Duńczykami: Larsem Henrikiem Jorgensenem, Axelem Jepsenem oraz Hansem Nielsenem! Ostatni z żużlowców, którego sylwetkę przybliżaliśmy niegdyś na łamach naszego magazynu, był już wtedy trzykrotnym mistrzem świata! Dlatego, gdy klub oficjalnie przesłał listę składu do Głównej Komisji Sportu Żużlowego, sportowy świat niemalże zatrząsnął się w posadach. Niedowierzano, że zespół, który jest beniaminkiem, zdołał namówić do startu aż tylu obcokrajowców, w tym Nielsena. Spekulowano, czy umowy dojdą do skutku, a także plotkowano o tym, jakie kwoty Motor musiał zaoferować cudzoziemcom.

Ostatecznie plany, które w życie wprowadzał Tadeusz Supryn nieco pokrzyżowały nowe regulacje – ustalono bowiem, że w drużynach najwyżej klasy rozgrywkowej nie może występować więcej niż dwóch jeźdźców z zagranicy. Decyzja, choć dotycząca wszystkich niewątpliwie powiązana była z działaniami Lublina oraz wspominanego Supryna, który wykazał się niezwykle innowacyjnym, jak na tamte czasy, pomysłem na zarządzanie klubem. Uznał, że zespół po to potrzebuje drogich i wartościowych zawodników, by zarabiać i się rozwijać. Przyjął założenie, że to głośne nazwiska przyciągną kibiców. I tak właśnie się stało 1 kwietnia 1990 roku.

Z własną lodówką

Ponieważ ogłoszono, że Hans Nielsen do Lublina przybędzie 1 kwietnia, to wielu sympatyków czarnego sportu do końca nie mogło uwierzyć, że mistrz świata rzeczywiście wystartuje w barwach Motoru. Spekulowano, że jest to jedynie żart prima aprilisowy. Wątpliwości zostały jednak rozwiane, gdy na ulicach miasta pojawił się korowód samochodów, w którym Duńczyk przybył na swój pierwszy mecz. W materiale, który z tej okazji zrealizowała Telewizja Polska, można dziś zobaczyć, jak wielkie emocje wywołał przyjazd tego zawodnika – tłumy kibiców, dziennikarskie wywiady i pytania o wszystko – od tego, na jakich jednostkach będzie startował, po to, o której wstał z łóżka i dlaczego zabrał ze sobą własne jedzenie.

Hans Nielsen: data graniczna to lipiec
(fot. Archiwum) Hans Nielsen

Nielsen, który już podczas prezentacji zaskoczył swoim barwnym kevlarem szybko zyskał miano „kosmity”. Już w pierwszym meczu wywalczył 14 punktów, by w całym sezonie i czterech spotkaniach, które odjechał wypracować niebotyczną średnią 2,8 punktu. Duńskie wsparcie dla Motoru okazało się strzałem w dziesiątkę i zespół beniaminka sezon zakończył na piątej pozycji. Było to wielkie wydarzenie, bo po raz pierwszy w swojej historii Koziołki zdołały utrzymać się w I lidze. Rosły również apetyty, a drużyna pozyskała kolejnego zawodnika, który w następnych sezonach skradł serca wielu kibiców.

Spełnione marzenie

Rok po zakontraktowaniu Nielsena włodarze Motoru Lublin poszukiwali kolejnego obcokrajowca, który wzmocniłby drużynę. Wybór padł na młodego Australijczyka, który na pierwszy mecz przybył dokładnie w dniu swoich 20 urodzin. 28 kwietnia 1991 roku w meczu przeciwko Rybnikowi wystąpił Leigh Adams. Żużlowiec w debiucie wywalczył sześć oczek i zanotował dwa defekty, udzielił także wywiadu Andrzejowi Zwierzchowskiemu. W tym wyjaśniał, dlaczego zdecydował się na starty w Motorze Lublin – występy w drużynie miał mu zaproponować Peter Collins, który pośredniczył w rozmowach pomiędzy Australijczykiem a włodarzami klubu. Dodatkowo Adams kierował się tym, że w zespole dobrze odnalazł się Hans Nielsen.

Polityka transferowa oraz wybitna forma drużyny, na czele z Hansem Nielsenem, który wykręcił niebotyczną średnią 2,92 punktu, spowodowały, że Motor Lublin wreszcie wspiął się na podium Drużynowych Mistrzostw Polski. Zespół odnotował 9 wygranych i 5 porażek, co pozwoliło mu zakończyć 1991 rok ze srebrnym medalem. Podkreślając dokonania obcokrajowców, nie można zapominać również o polskich zawodnikach reprezentujących barwy Motoru. Wśród tych należy wskazać na m.in. Dariusza Śledzia, Dariusza Stenkę, a także Marka Kępę. Tego ostatniego, który przez lata wierny był Motorowi Lublin (tylko trzy sezony spędził w innych barach) docenili również kibice zespołu. Został on bowiem wybrany najlepszym lubelskim żużlowcem 60-lecia.

Czytaj więcej  Nicolai Klindt: „To dla mnie gorzka pigułka”

Lubelska tragedia

Co znamienne, Plebiscyt z okazji 60-lecia żużla w Lublinie, w którym nagrodzono Marka Kępę oraz wybrano drużynę marzeń Motoru odbył się w chwili, gdy żużel w mieście praktycznie nie istniał. Cofnijmy się jednak do lat 90. Drużyna po odniesieniu wielkiego sukcesu, z sezonu na sezon startowała coraz słabiej i w 1995 roku w najwyższej klasie rozgrywkowej zajęła ostatnią lokatę. Nadeszły chude lata, słabe wyniki oraz liczne problemy, które spowodowały, że w 2008 roku Motor nie przystąpił do ligowych rozgrywek.

Choć do startów zespół powrócił już w 2009 roku, to jego kłopoty trwały nadal. Podsumowaniem perturbacji, a także licznych zmian nazw zespołu, była sytuacja, do której doszło w 2016 roku – Motor Lublin, z powodu problemów finansowych, nie otrzymał licencji. Gdy wydawało się, że jest to kolejny akt tragedii, na scenie pojawiło się kilka wyjątkowych osób, które zdecydowały się uratować Koziołki.

Modelowa reinkarnacja

Za cel odbudowę Motoru Lublin postawili sobie Piotr Więckowski, Jakub Kępa – syn legendarnego Marka Kępy oraz Aleksandra Marmuszewska. Tercet dokonał niebywałej sztuki i w tempie niemalże ekspresowym doprowadził drużynę do startów w Ekstralidze. W 2017 roku Motor wygrał bowiem zmagania II ligi, a już rok później zatriumfował w I lidze. W 2019 roku przystąpił więc jako beniaminek do zmagań w najwyższej klasie rozgrywkowej. Skazywany na pożarcie pokazał, że tanio skóry nie sprzeda i sezon zakończył na dobrej, szóstej pozycji. Rok później powtórzył tę lokatę, by niedawno zakończony sezon uświetnić srebrnym medalem Drużynowych Mistrzostw Polski.

Reklama

Podziw budzą nie tylko działania włodarzy zespołu, ale również to, co robią jego kibice. Do legendy przeszły już historie o wyprzedawaniu się biletów w minutę, nocnych kolejkach do kas, a także słynnych podnośnikach. Te zostały umieszczone wokół stadionu i umożliwiły obejrzenie zawodów kibicom, dla których zabrakło biletów. Zachwytów nietypowym pomysłem nie kryło polskie środowisko żużlowe, sami zawodnicy, a o niezwykłych fanach Motoru mówiły media z całego świata – od brytyjskiego BBC, przez telewizje w Australii, USA, Meksyku, a nawet Chinach.

(fot. Magazyn Żużel /Mariusz Cwojda) Słynne na cały świat lubelskie podnośniki

Kibice Motoru niewątpliwie pokazują, że choć zespół w dorobku nie ma jeszcze ani indywidualnego, ani drużynowego mistrzostwa kraju, to Lublin aspiruje do bycia jednym z najważniejszych ośrodków żużlowych w Polsce. Dodajmy, że i zasługi tej drużyny dla czarnego sportu są duże. To przecież właśnie Lublin wychował Wojciecha Szwendrowskiego, czyli pierwszego dwukrotnego mistrza kraju oraz człowieka, który jako pierwszy Polak pokonał aktualnego mistrza świata. To Motor stworzył nową jakość żużla, gdy w 1990 roku sprowadził do miasta Hansa Nielsena. Dziś, gdy Koziołki powróciły na najwyższy poziom, należy zespołowi życzyć, by inaczej niż w 1991 roku srebro DMP było nie końcem, a jedynie początkiem pięknej historii, którą ten napisze.

Reklama
- Advertisment -

Must Read

Po bolesnym laniu pomoże „Diabłom”?

Niemiecki pierwszoligowiec z Landshut przegrał w Gnieźnie różnicą aż 14 punktów. Dotkliwa porażka zabolała. Jak się okazało, był to ostatni dzwonek na ratowanie sytuacji....