Rozmowa z Markiem Cieślakiem, trenerem reprezentacji Polski i forBet Włókniarza Częstochowa, byłym żużlowcem.

– Urodził się pan 20 czerwca 1950 roku…
– … w Milanówku. Mój ojciec pochodził z Częstochowy, mieszkał praktycznie obok stadionu. Był między innymi wicedyrektorem fabryki tapet w podczęstochowskim ówcześnie Gnaszynie oraz dyrektorem fabryki długopisów, natomiast moja mama pełniła funkcję głównej księgowej w spółdzielni.

– Pamięta pan moment, w którym zakochał się pan w żużlu?
– Nie, a to dlatego, że w mojej rodzinie o żużlu rozmawiano w kółko. Największym fanem był dziadek Stefan. Mnóstwo czasu spędzałem właśnie w mieszkaniu dziadków na Zawodziu i do dzisiaj pamiętam tę podniosłą przedmeczową atmosferę, autobus numer 7 pełen śpieszących na stadion kibiców czy mecze oglądane z perspektywy ramion dziadka.

– Zdradził mi pan kiedyś, że będąc dzieckiem zyskał pan sympatię jednego z najlepszych częstochowskich piłkarzy.
– Rzeczywiście tak było. Przez kilka lat mieszkałem niedaleko piłkarskiego stadionu Victorii Częstochowa przy ulicy Małej 15 i tak się złożyło, że pod tym samym numerem mieszkał w latach pięćdziesiątych znany i ceniony piłkarz Wojciech Pędziach, który nie tylko reprezentował barwy Legii Warszawa, grając nawet spotkanie w Pucharze Mistrzów, ale również zaliczył grę w barwach polskiej reprezentacji. Miałem to szczęście, że upatrzył mnie sobie jako ulubionego sąsiada i zawsze widząc mnie wołał: „Jak się masz, mały?”. Co prawda największe sukcesy miał dopiero przed sobą, ale w mieście, gdzie wszyscy żyli żużlem lub piłką nożną, było to nie lada przeżycie.

Marek Cieślak jest wychowankiem Włókniarza Częstochowa. Po latach wrócił do macierzystego klubu. W roli trenera

– Ze względu na dziadka Stefana pan miał chyba tylko jeden wybór?
– Na to wygląda. Będąc kilkuletnim brzdącem na otrzymanym od dziadka rowerku „bałtyk” ścigałem się w kolegami po prowizorycznym torze przy ulicy Ciepłej. Dorastałem wraz z sukcesami i porażkami częstochowskiego Włókniarza i z czasem zapragnąłem zostać prawdziwym zawodnikiem. Gdy zamieszkaliśmy na Tysiącleciu, okazało się, że niedaleko mieszka Witek Jastrzębski, znany nie tylko z doskonałej jazdy po żużlowym owalu, ale również z czerwonej osy 175, którą wzbudzał zachwyt przemierzając miejskie ulice. Nie należał do osób wywyższających się. Zawsze z każdym zamienił kilka słów, był „normalnym” chłopakiem. Doskonale pamiętam, że nawet zanim jeszcze zostałem licencjonowanym zawodnikiem, czasem zabierał mnie po treningu do domu.

– Łatwo było przekonać rodziców?
– A skąd! Zgodę podpisałem za mamę. Zacząłem chodzić do klubu, myć motocykle, pomagać w warsztacie. Wkręciłem się w atmosferę stadionu, jego kuluary.

– Nabór do szkółki wyglądał inaczej niż dzisiaj.
– Chętnych do jazdy było ponad pół setki młodych chłopaków, więc kandydat otrzymywał tylko jedną szansę. Ja mojej nie wykorzystałem. Nie potrafiłem odnaleźć się na niewygodnej maszynie z szeroko rozstawioną kierownicą. Podczas następnego treningu, na który przyszedłem, trener nawet na mnie nie spojrzał, mając już wyrobioną opinię na temat mojej potencjalnej przyszłości w tym sporcie. Nie mogłem jednak dać za wygraną. Musiałem udowodnić sobie, że jestem w stanie coś osiągnąć. Bez przerwy krążyłem wokół trenera Jałowieckiego, ponawiając pytanie: – „Kiedy ja się przejadę? Nachalność odniosła skutek. Szkoleniowiec miał mnie dość i na odczepne pozwolił mi spróbować jeszcze raz. Zaskoczyłem go swoją postawą. Już na drugim treningu pokonywałem wiraże ślizgiem kontrolowanym.

– Jak wyglądały wtedy kwestie sprzętowe w żużlowej szkółce?
– Klub gwarantował motocykle, ale często do naszej dyspozycji były dwie lub trzy maszyny, którymi się wymienialiśmy. Tym samym każdy defekt, czy upadek kolegi mógł wpłynąć na to, że danego dnia więcej na tor się nie wyjechało.

W tym roku jego Włókniarz sięgnął po brązowy medal DMP

– Wspomniał pan, że rodzice nie wiedzieli o pana treningach. W końcu jednak kłamstwo musiało wyjść na jaw?
– Mama była przekonana, że uczęszczam na religię i moja pobożność bardzo ją cieszyła. Tego stanu rzeczy nie sposób było jednak długo utrzymać. Ojciec podejrzewający, co się święci, pewnego dnia kilka chwil po moim wyjściu z domu wybrał się w ślad za mną na stadion. To był okres, gdy należałem już do wyróżniających się adeptów, więc przyglądając się moim poczynaniom zrozumiał, że zawrócić mnie z obranej ścieżki już nie sposób. Utwierdził się w tym przekonaniu, gdy zobaczył tego samego popołudnia kraksę, po której wstałem, otrzepałem się i kulejąc zmierzałem w stronę parkingu, a pierwszym pytaniem skierowanym w stronę mechaników było zapytanie o stan maszyny.

– Co ciekawe, debiut ligowy był możliwy, ponieważ kontuzji doznał Wiktor Jastrzębski, o którym pan już mówił.
– Przewlekły uraz nogi Wiktora Jastrzębskiego stał się dla mnie furtką do startu w zawodach mistrzowskich. Kto wie, jak potoczyłyby się moje sportowe losy, gdyby nie kontuzja starszego kolegi. Naszym rywalem była bydgoska Polonia. Zależało mi na jak najlepszym zaprezentowaniu się na torze, ale moje plany zostały szybko zweryfikowane. Wyścig, w którym otrzymałem swoją szansę, został przeze mnie zakończony na trzecim kółku, kiedy to zatrzymałem się na bandzie. Następnego dnia jak zwykle poszedłem do szkoły, chociaż nastrój miałem raczej mizerny i nie w głowie były mi lekcje. Zastępujący profesora z fizyki nauczyciel przeglądając listę uczniów wyczytał moje nazwisko: „Cieślak, który to? ” Ze ściśniętym gardłem uniosłem dłoń, a wtedy on zmierzył mnie wzrokiem i powiedział: „Czwórka za odwagę”.

– Nie da się ukryć, że trafił pan na dobry okres Włókniarza.
– Wielkie pasmo sukcesów klubu w latach siedemdziesiątych nie miałoby miejsca, gdyby nie Wacław Tomaszewski. Wielu z nas traktowało go jak ojca i nie ma w tym stwierdzeniu grama przesady. Do Częstochowy przybył na początku lat sześćdziesiątych, aby pełnić rolę dyrektora przędzalni czesankowej Wełnopol. Na posadę prezesa klubu oddelegowany został w 1962 roku. Nie był jednak papierowym prezesem. Przez szesnaście lat robił wszystko, aby zawodnicy mieli zagwarantowane najlepsze warunki do rozwoju. Zawsze należeliśmy do najlepiej przygotowanych kondycyjnie drużyn, co gwarantowały coroczne przedsezonowe zgrupowania odbywające się najczęściej w Krynicy. Tomaszewski miał oczywiście swoje wady, ale gdyby je zestawić, to zalet byłoby więcej. Podchodził do sprawy w ten sposób, że sukcesy, prędzej czy później, musiały przyjść.

– Na te największe trzeba było jednak trochę poczekać. Dlaczego?
– Zaliczyliśmy degradację po głośnych barażach z Unią Leszno, później zmarł mój przyjaciel Marek Czerny, który był nawet świadkiem na moim ślubie. Drużyna musiała dojrzeć do czekających na nią sukcesów.

– Z powodu kontuzji nie mógł pan pojechać w ostatnim meczu sezonu. Te urazy dały się trochę we znaki?
– Pewnie parę osiągnięć więcej by było, ale nie ma co narzekać. Pierwszym poważnym urazem, jakiego doznałem, było uszkodzenie kręgosłupa, którego nabawiłem się w 1973 roku w Bydgoszczy. W dodatkowych wyścigach, zaliczanych do mistrzostw par, miałem na prowadzeniu upadek i wjechał we mnie Stasiu Kasa. Po wykonaniu badań lekarz zawodów stwierdził, że jestem tylko mocno poobijany. Droga powrotna do domu była koszmarem. Rano ledwo chodziłem, a ból był nie do zniesienia. Mimo wszystko zacisnąłem zęby i pojechałem na Złoty Kask do Chorzowa, mający zadecydować o starcie w finale mistrzostw świata. Po starcie do pierwszego wyścigu od razu zjechałem z toru, bo poczułem jakby w plecy ktoś wbijał mi nóż. Niemal tracącego przytomność odwieziono mnie do szpitala, gdzie okazało się, co wprawiło lekarzy w niemałą konsternację, że mam zmiażdżoną krawędź pierwszego kręgu lędźwiowego. Sezon się dla mnie zakończył. Mogę jednak cieszyć się, że tylko sezon, a nie kariera, bowiem groził mi nawet paraliż! Poważniejsza kontuzja przytrafiła mi się podczas innych zawodów z cyklu Złotego Kasku. Jadąc za plecami Zenka Plecha i mając po dwóch startach pięć punktów poczułem ból w oku. Szybko zjechałem z toru, gdyż przestałem na nie widzieć. Okazało się, że dostałem „wystrzał” z jednego ze świeżo dosypanych na tor kamieni. Od razu znalazłem się na okulistyce, gdzie lekarze zajęli się mną, ale uciekło mi kilka najważniejszych imprez.

– Podobno Jerzy Brendler startował mając tylko jedno oko?
– No właśnie. Na szczęście w moim przypadku wszystko skończyło się dobrze. Powróciłem do ścigania wierząc, że mam szanse na start w chorzowskim finale drużynowego czempionatu. Niestety, podczas jednego z treningów znalazłem się pomiędzy Andrzejem Jurczyńskim i Muchą. Nie mogąc wydostać się z kleszczy wylądowałem na bandzie łamiąc rękę i uszkadzając ponownie kręgosłup. Finał obejrzałem z trybun.

Trener Cieślak z Leonem Madsenem

– Przez kontuzje finały panu uciekały.
–  Ja w ciągu całej swojej kariery nie miałem szczególnie groźnych wypadków, ale zdarzały się one w nieodpowiednim czasie, kiedy byłem praktycznie najlepszy w kraju. Mogę tylko żałować, że kontuzje uniemożliwiły mi start w wielu ważnych imprezach, również międzynarodowych.

– W końcu jednak udało się panu znaleźć w światowym finale. Jakie wrażenie wywarło na panu Wembley?
– Legendarny stadion. Każdy, kto choć trochę interesuje się historią sportu, wie, jakie znaczenie miał ten obiekt nie tylko dla żużla, ale choćby i dla piłki nożnej. Wchodząc na Wembley od razu czuć było historię tego miejsca. Olbrzymi stadion kryty dachem posiadał niezwykłą akustykę. Człowiek czuł, jakby znalazł się w kotle – wszechobecny dym, ogłuszający hałas… Parking wzorem większości angielskich torów znajdował się pod trybunami, co potęgowało niezwykłe wrażenie. Uwalniane spaliny z metanolu sprawiały, że zawodnicy dmuchając w alkotest wykazywali nieznaczną ilość promili w organizmie!

Trener Cieślak z prezesem Włókniarza Michałem Świącikiem

– Na brytyjskich torach zagościł pan na dłużej. Jak do tego doszło?
– To, że w ogóle znalazłem się w gronie zainteresowań brytyjskich promotorów, należy wiązać bezpośrednio z moim występem podczas finału drużynowych mistrzostw świata na stadionie White City, kiedy wraz z kolegami cieszyłem się ze srebrnego medalu. Kilkanaście dni po pamiętnym finale przyszło do klubu pismo z zaproszeniem mnie na starty w lidze brytyjskiej od Boba Dugarda. Początkowo nie wiedziałem o co chodzi, dopiero Wacek Tomaszewski przetłumaczył list i wszystko stało się jasne. Sam wyjazd nie był jednak łatwą sprawą. Najpierw musiałem uzyskać zgodę z klubu, co akurat – przyznaję – nie było trudne, później czekałem na odpowiedź z całego szeregu instytucji: Polskiego Związku Motorowego, Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Zabiegów było co niemiara. W końcu uzyskałem wszystkie niezbędne dokumenty i po krótkim, przyśpieszonym kursie języka angielskiego, udałem się na Wyspy…

– Inny świat, inne możliwości. Jednak starty w Anglii miały też swoją drugą stronę.
– Problemy zaczęły się tak naprawdę w drugim roku startów, kiedy do drużyny trafił Andrzej Jurczyński, ponieważ Anglicy poczuli się zagrożeni. Atmosfera zaczęła się psuć. Zmieniono dzień rozgrywania spotkań na poniedziałek, a ponieważ byłem zobligowany wystartować w Polsce, pędziłem w niedzielę wieczorem na lotnisko do stolicy, później samolotem do Anglii, gdzie od razu brałem się za sprzęt… Byłem tak zmęczony, że zdarzało mi się nawet usnąć pomiędzy biegami! Kiedy odciąłem się od Anglii, dostrzegłem, jak bardzo ona mi „zaszkodziła”. Tam pojąłem, że człowiek nie jest służącym, nie musi czekać na baczność w holu aż przyjmie go łaskawie jakiś działacz, a kierownik klubu może być normalnym człowiekiem, który bez wywyższania się przed zawodami wsiada na traktor i przygotowuje tor. Odbiło się to na moich kontaktach z klubem, w którym zresztą wiele zaczęło się zmieniać. Odejście Tomaszewskiego zamknęło pewien rozdział w historii częstochowskiego żużla. Nadchodziły ciężkie czasy, bo ludzie, którzy go zastąpili raczej, nie nadawali się do tego zajęcia. Sam miałem zresztą z nimi wiele problemów…

– Lata osiemdziesiąte to takie trochę odchodzenie od żużla i powroty. Kiedy podjął pan decyzję, że to już definitywny koniec?
– Po powrocie z Anglii zacząłem przygotowywać się do nowego rozdziału w życiu. Nie mieszkałem w bloku, tylko na wsi. Nie mogłem odkręcić kaloryfera i niczym się nie przejmować tylko ogrzewałem dom osobiście, a ponieważ były problemy z węglem, paliłem drewnem, jakimiś śmieciami, przez co, żeby utrzymać w domu zimą znośną temperaturę, musiałem w nocy kilka razy wstawać, żeby dokładać do pieca. Na jednym z zebrań klubowych wystosowałem więc pytanie, czy działacze nie pomogliby mi kupić węgla. Nie chciałem, żeby mi go kupili, bo miałem pieniądze, ale żeby pomogli załatwić jakieś talony, przydział, co zapewne dla dzisiejszych młodych ludzi jest zupełną abstrakcją. Moja prośba wzbudziła ogólne rozbawienie. Ironicznie żartowano ze mnie, że to jest mój największy problem – węgiel do pieca. Jakoś przetrwałem kolejną zimę i na wiosnę podjąłem ostateczną decyzję o zakończeniu kariery.

– Kto wie, czy jako trener nie ma pan większych sukcesów, niż jako zawodnik?
– Tak się jakoś złożyło. Początkowo dawał o sobie znać mój brak doświadczenia – z Włókniarzem sukces, a potem spadek, z Rzeszowem podobnie… ale z czasem wszystko zaczęło grać jak powinno.

– Pański powrót do Częstochowy po dwudziestu latach to było niezwykłe wydarzenie dla wielu kibiców. Długo się pan wahał podejmując decyzję?
– Złożyło się na to kilka spraw, przede wszystkim rodzinnych, klub był wiarygodny i podjąłem decyzję, że wracam do miejsca, w którym zaczynałem.

Marek Cieślak już 13 lat jest selekcjonerem reprezentacji Polski. W tym
czasie narodowa drużyna zdobyła aż 24 medale na arenie międzynarodowej

– Co jest trudniejsze: bycie zawodnikiem czy trenerem?
– Zdecydowanie to drugie. Jako zawodnik myśli się tylko o sobie, prowadząc drużynę jest się rozliczanym za występ każdego zawodnika i o każdym z nich trzeba myśleć.

Marek Cieślak i jego ukochane psy

– Do legendy przeszły już pańskie psy hodowane z żoną, papuga czy rowerowe treningi…
– Dzisiaj nie potrafię żyć bez roweru. Jak nie zrobię kilometrów, to chodzę jakiś nieswój. Wydaje mi się, że nie można żyć tylko żużlem, bo wtedy człowiek może zwariować. Trzeba mieć jakąś odskocznię od speedwaya.
Rozmawiał Bartłomiej Jejda