Strona główna Reportaż Marek Cieślak, czyli angielski mistrz. Część II

Marek Cieślak, czyli angielski mistrz. Część II

-

Nigdy się nie zdarzyło, abym po nieudanym meczu był rugany. To był inny świat: nie tylko pod względem gospodarczym, ale też w podejściu do ludzi. Marek Cieślak kontynuuje opowieść o swoich angielskich przygodach

Marek Cieślak szybko zaaklimatyzował się na Wyspach Brytyjskich. Jego angielski klub White City Rebels radził sobie wyśmienicie w lidze, a Polak stawał się jednym z filarów zespołu zmierzającego po mistrzostwo.

Londyński labirynt

Anglia to był zupełnie inny świat. Nie chodziło zresztą tylko o wolnorynkową gospodarkę, pogodę czy nastawienie ludzi,ale i lewostronny ruch.

– Nie mogłem się do niego przyzwyczaić – przyznaje Marek Cieślak. – Zresztą pełniące od XI wieku miano stolicy Anglii miasto przerażało swoim ogromem. Siatka ulic wydawała się nie do pokonania.
Nierzadko kluczyłem pomiędzy dzielnicami i zupełnym przypadkiem z uczuciem ulgi znajdowałem się pod mieszkaniem. Wyzwaniem był nie tylko przejazd przez Londyn, ale również dojazd na zawody w innych częściach kraju. Nie było GPS-ów, więc drogę pokonywałem z mapą pod pachą i karteczką z instrukcjami od Boba Dugarda: „Wyjeżdżając z domu jedziesz drogą numer A, dojedziesz do skrzyżowania w miejscowości B i skręcasz w drogę C, jedziesz tyle i tyle kilometrów aż dojedziesz do drogi D…”. Oznaczenie ulic było na tyle
dobre, że zawsze znajdowałem się na czas w odpowiednim miejscu.

Inny świat

– Przez tyle lat na torze i w parku maszyn nauczyłem się, że nie da się osiągać sukcesów, kiedy atmosfera pomiędzy zawodnikami kuleje – kontynuuje swoją opowieść doświadczony szkoleniowiec. – W White City
atmosfera od początku była bardzo dobra. Niemal wszyscy rozumieliśmy się bez słów. Dość powiedzieć, że ja byłem jednym z najstarszych zawodników, a miałem dwadzieścia siedem lat. Na największą gwiazdę wyrastał natomiast Gordon Kennett.
Jeśli chodzi o Kennetta można zażartować, że co dotknął, zamieniało się w złoto. W 1978 roku zdobył wicemistrzostwo świata i co ciekawe był to dla Anglika jedyny finał indywidualnego czempionatu. W finale mistrzostw świata par również wystartował jeden raz i również zdobył medal – tym razem z najcenniejszego kruszcu. Podobnie jeśli chodzi o rywalizację drużynową – dwukrotnie znalazł się w reprezentacji kraju i chociaż należał do jej najsłabszych ogniw, to z Landshut i Olching przywoził medale.

– W pierwszym sezonie startów na Wyspach legitymowałem się średnią meczową w granicach siedmiu-ośmiu „oczek” i przez cały rok zgromadziłem dwieście trzydzieści osiem punktów. Lepsze występy przeplatałem słabszymi,ale nigdy nie zdarzyło się, abym po nieudanym meczu był rugany. Początkowo było to dla mnie dziwne. Pamiętam jak po jednym z pierwszych, mizernych w moim wykonaniu, meczów siedziałem załamany w parkingu przeżywając porażkę. Podszedł do mnie Dugardi pyta czemu nie siedzę z chłopakami w barze, do którego i on zmierzał.

„Jak to w barze? Co tu świętować? Tak słabo mi poszło…”
„No co ty, Marek. Jutro też jest dzień. To tylko sport. Następnym razem pójdzie ci lepiej. Chodź, idziemy,bo się piwo grzeje.”

– To był więc zupełnie inny świat. Zarówno pod względem gospodarczym, jaki w kwestii podejścia do sportu. W Polsce po słabych meczach gromadził się zarząd, organizowano zebrania, udzielano nagan – uśmiecha się pod nosem bohater naszej opowieści.

Cieślak mistrzem Anglii

– Zdobywając mistrzostwo sprawiliśmy niespodziankę. Cieszyłem się szczególnie, gdyż byłem pierwszym Polakiem, który zdobył mistrzostwo ligi brytyjskiej – mówi Cieślak. – Startowały tutaj największe gwiazdy speedwaya.Człowiek nie tylko się od nich uczył, ale także miał ogromną satysfakcję zwyciężając z nimi. Okazało się, że Mauger czy Olsen nie są nieomylni. Gdy przyjeżdżali do Polski myśleliśmy, że są nadludźmi. Prawda była inna, ale widząc ich raz, dwa razy do roku nie mogliśmy mieć innego wrażenia. W szczególny sposób zapamiętałem świętowanie drużyny po mistrzowskim tytule. Obcując z Anglikami przez kilka miesięcy zdążyłem się zorientować, że mają specyficzne poczucie humoru, ale radowanie się ze złotych medali przerosło moje oczekiwania. Wszyscy zaczęli obrzucać się ciastkami, cukrem pudrem. Jeszcze na stadionie zostałem zwabiony pod start gdzie stały jakieś pudła. Podszedłem niczego nie podejrzewając nagle – pstryk!, ktoś zgasił światło. Okazało się, że na głowę nałożono mi ogromny tort! Zabawy było co niemiara.

Marek Cieślak jeździ na dwóch frontach

Kierownictwo klubu z Częstochowy zauważyło, że startują na Wyspach Marek Cieślak może przynieść korzyści również całemu zespołowi. Zimą, pomiędzy sezonami 1977 a 1978, udało się osiągnąć porozumienie, na mocy którego Cieślak nie tylko został na Wyspach, ale dołączył do niego Andrzej Jurczyński. Ponadto obaj zawodnicy mieli być zwalniani na każdy mecz, na których ich obecność zdaniem częstochowskiego zespołu będzie konieczna.

– Cieszyłem się, że mam w drużynie rodaka, zresztą kolegę z polskiego klubu, ale nie wszystkim się to uśmiechało – opowiada Cieślak. – Anglicy poczuli się zagrożeni. Obawiali się, że dzisiaj przyprowadziłem jednego, za rok jeszcze kolejnego i tym samym zabiorę kilku z nich miejsca pracy. Atmosfera zaczęła się psuć.

Marek Cieślak i Andrzej Jurczyński dostali szansę w lidze angielskiej fot. ze zbiorów Marka Soczyka

„Obserwując jazdę Marka Cieślaka w tegorocznych spotkaniach o mistrzostwo pierwszej ligi żużlowej można się przekonać nie tylko o tym, że częstochowianin nadal utrzymuje wysoką formę, lecz także jak wiele dały mu występy na angielskich torach, w bezpośrednich pojedynkach z zawodnikami zaliczanymi do światowej czołówki. Widać to zwłaszcza na startach oraz przy pokonywaniu wiraży, kiedy to żużlowiec Włókniarza prowadzi maszynę jak na sznurku, bez żadnego wysiłku” zachwycał się częstochowski dziennikarz (Gazeta Częstochowska, 35/1978). Mało kto wiedział jednak jak wiele wysiłku kosztowała zawodnika jazda na dwóch frontach.

Reklama

– Zmieniono dzień rozgrywania spotkań na poniedziałek, a ponieważ byłem zobligowany wystartować w Polsce pędziłem w niedzielę wieczorem na lotnisko do stolicy, później samolotem do Anglii, gdzie od razu brałem się za sprzęt, aby przygotować go do zawodów: nacinałem Dunlopy, bo one były wówczas odlewane w całości, co już było zajęciem na godzinę, lekko licząc… Byłem tak zmęczony, że zdarzało mi się nawet usnąć pomiędzy biegami! – przyznaje były zawodnik.

Jak Marek Cieślak został prywatnym sponsorem Włókniarza

Chociaż sezon 1978 był mniej udany niż poprzedni, Cieślak wciąż miał propozycje startów w Anglii. Co prawda, White City zostało rozwiązane z powodów finansowych, mianowicie koszty dzierżawy stadionu przerosły możliwości działaczy, ale pojawiły się oferty z innych ośrodków, między innymi z King’s Lynn. On jednak nauczony doświadczeniem wolał zrezygnować z angielskiego chleba i wrócić do Polski. Co było konkretnym powodem? Klub z Częstochowy podpisując za niego umowę przejął należne mu cztery silniki, na których jeździli jego częstochowscy koledzy.

Anglicy podpisując takie same kontrakty brali dwa silniki zaś dwa spieniężali mogąc środki finansowe uzyskane w ten sposób przeznaczyć na inne cele, zaś Cieślak pozostawał „goły”. Można więc powiedzieć z przymrużeniem oka, że był pierwszym prywatnym sponsorem Włókniarza!

Reklama

– Kiedy odciąłem się od Anglii dostrzegłem, jak bardzo ona mi „zaszkodziła” – przyznaje brytyjski mistrz z 1977 roku. – Tam pojąłem, że człowiek nie jest służącym, nie musi czekać na baczność w holu aż przyjmie go łaskawie jakiś działacz, a kierownik klubu może być normalnym człowiekiem, który bez wywyższania się przed zawodami wsiada na traktor i przygotowuje tor. Odbiło się to na moich kontaktach z klubem, w którym zresztą wiele zaczęło się zmieniać. Po sezonie 1978 prezesem wybrany został Zdzisław Suchecki, zaś trzy lata po nim prezesurę objął Zdzisław Jałowiecki.

Rzeczywiście, odejście Wacława Tomaszewskiego zamknęło pewien rozdział w historii częstochowskiego żużla. Nadchodziły ciężkie czasy.

Paradoks

Startując przez dwa sezony w Anglii Marek Cieślak był w najwyższej formie, jednak paradoksalnie… nie mógł udowodnić tego w zawodach rangi mistrzowskiej.
– Starty w Anglii zamknęły mi drogę do sukcesów na krajowym podwórku – przyznaje były żużlowiec. – Istniał wówczas bzdurny przepis zabraniający startującym zagranicą uczestniczenia w imprezach PZM, z wyłączeniem DMP. Nie mogłem więc ani walczyć o Złoty Kask, ani o indywidualne mistrzostwo Polski,ani o żaden inny tytuł. Mogę tylko żałować, bo kiedy jeździłem w Anglii moja forma była najwyższa. Udowadniałem to występami w lidze i myślę, że gdybym startował do walki o krajowe trofea, zgarnąłbym być może tytuł indywidualnego mistrza Polski, którego brakuje mi w kolekcji.

Jak wspomina starty na Wyspach?

– Było to ciekawe doświadczenie. Wiele mnie nauczyło, jako człowieka i żużlowca. To tam zrozumiałem również co to jest finansowa, biznesowa uczciwość. Gdy dojechałem na pierwszy trening, dostałem pudło, w którym znajdowały się błotniki, nowe linki, tarczki
sprzęgłowe, jednym słowem cały osprzęt. Na rachunku za pierwszy mecz – de facto przeciwko Wimbledonowi z Edkiem Jancarzem – po kwocie należnej nastąpiła cała litania „less”, czyli „odjąć”. Zawartość pudła stała się formalnie moja.

BARTŁOMIEJ JEJDA

Reklama


ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Musisz przeczytać

Grigorij Łaguta: jesteśmy wyrzutkami

Grigorij Łaguta poruszył w mediach społecznościowych temat rosyjskiej federacji. Starszy z braci Łagutów twierdzi, że żużlowcy reprezentujący Rosję są wyrzutkami i nie mają żadnego...

Patryk Dudek przestał jeździć