Strona główna I liga Aforti Start Gniezno Pięć godzin walki w deszczu. Dramaturgia, wypadki, emocje

Pięć godzin walki w deszczu. Dramaturgia, wypadki, emocje

-

Organizator finału Indywidualnych Mistrzostw Polski dwie godziny przed pierwszym biegiem spoglądał w niebo i zastanawiał się, czy turniej dojdzie do skutku. Pogoda zepsuła się po południu.

Reklama

Sędzia Roman Cheładze uważał, że deszcz go nie wystraszy. Zapewniał, że medale zostaną rozdane „choćby strzały z nieba prały”. Toruński arbiter słynął z odważnych, nierzadko kontrowersyjnych decyzji. Zawsze jednak starał się przestrzegać regulaminu. Nikogo nie zamierzał skrzywdzić.

Był rok 1979. Kibice nie zawiedli i szczelnie wypełnili trybuny stadionu żużlowego w Gorzowie Wielkopolskim. Drugi rok z rzędu w grodzie nad Wartą rozgrywano finał Indywidualnych Mistrzostw Polski. Na starcie stanęło szesnastu najlepszych żużlowców w kraju. Wśród nich dwaj leszczynianie – Kazimierz Adamczak i Bernard Jąder. Kibice zagryzali palce, bo zapowiadała się walka, jakiej dawno na polskich torach nikt nie oglądał. Duży apetyt na zwycięstwo mieli: Zenon Plech, Bolesław Proch, Robert Słaboń, Piotr Pyszny, nieobliczalny Andrzej Huszcza i wychowanek miejscowej Stali Mieczysław Woźniak.

Emocje wisiały w powietrzu

– Byłem obrońcą mistrzowskiej korony, którą zdobyłem w 1978 roku i żeby było ciekawiej, zwyciężyłem na gorzowskim torze. W parku maszyn przed zawodami dało się wyczuć wielkie emocje. Każdy chciał zdobyć medal, gdyż finał to zawsze był wielki prestiż. Po cichu liczyłem na dobry występ. Ale wiedziałem, że bój będzie niesamowity – relacjonuje Bernard Jąder z Unii Leszno.

Leszczynianin Bernard Jąder dwukrotnie sięgnął po tytuł indywidualnego mistrza Polski

O „Beniu” mówili, że jest specjalistą od wygrywania indywidualnych turniejów. Potrafił zwyciężyć na każdym torze bez względu na rangę zawodów, stawkę uczestników i warunki pogodowe.

– Coś w tym było. Nieraz kibice i działacze mnie pytali, dlaczego tak dobrze nie punktuję w lidze jak w zawodach indywidualnych – uśmiecha się Jąder, który 22 lipca 1979 roku uchodził za tzw. czarnego konia w turnieju. Miał szansę powtórzyć sukces sprzed roku i drugi raz z rzędu stanąć na najwyższym stopniu podium.

Zenon Plech zaczął startować w lidze angielskiej. Było wiadomo, że sprzętowo może być lepszy od konkurentów. Atutem gospodarzy była znajomość własnego toru. Bardzo dobry sezon miał Robert Słaboń. Ale nie tylko oni zgłaszali chęć zdobycia medalu. Byli jeszcze inni: nieobliczalny Andrzej Huszcza, lider Startu Gniezno Eugeniusz Błaszak, najlepszy w ROW-ie Piotr Pyszny i uzbrojony sprzętowo po zęby Andrzej Marynowski, który miał rodzinę w Niemczech i korzystał z jej pomocy.

– Gorzowski finał przeszedł do historii polskiego żużla. To, co tam się działo, to głowa mała – wspomina jego uczestnik Jan Ząbik, który 40 lat temu reprezentował Stal Toruń.

W Gorzowie lało i wiało. Kibice byli przemoknięci do suchej nitki. Sędzia Cheładze dwa razy przerywał turniej. Zawody trwały pięć godzin.

– Benek miał wygrać i pogodzić faworytów – uważa Jan Ząbik i dodaje z uśmiechem: – mnie tego dnia wyjątkowo się nie układało. Dzisiaj zawody w takich warunkach zostałyby odwołane dzień wcześniej. Wtedy nikt się nie patyczkował. Decydował sędzia i koniec.

Plech na topie

Oczy kibiców i żużlowej Polski skierowane były na Plecha. Miał wtedy 26 lat i za sobą udany powrót do ligi angielskiej. Miesiąc wcześniej razem z Edwardem Jancarzem w duńskim Vojens wywalczyli brązowy medal mistrzostw świata w jeździe parami.

– Gorzów stanowił dla mnie wyjątkowe miejsce. W miejscowej Stali zaczynałem żużlową karierę i start w finale IMP stanowił mój powrót na stare śmieci – opowiada Zenon Plech, który miał na koncie dwa tytuły indywidualnego mistrza kraju, wygrywając w 1972 i 1974 roku, ale wtedy jeszcze był zawodnikiem gorzowskiej Stali.

Powrót syna marnotrawnego, jak określali wizytę Plecha w Gorzowie miejscowi kibice, miał jeszcze jeden ciekawy wątek. Stal sprowadziła nowego lidera. Na miejsce Plecha, który przeszedł do Wybrzeża Gdańsk, przyszedł Bolesław Proch z Falubazu Zielona Góra. Nowa gwiazda żółto-niebieskich miała na koncie występy w lidze angielskiej. Starcie Procha z Plechem na gorzowskim torze urosło do rangi wielkiego wydarzenia.

Bernard Jąder startował w pięciu finałach Indywidualnych Mistrzostw Polski. Dwa finały rozstrzygnął na swoją korzyść i raz był blisko podium, zajmując 4. miejsce. W barwach Unii Leszno startował piętnaście sezonów, dwukrotnie zdobywając drużynowe mistrzostwo Polski i dwukrotnie wicemistrzostwo kraju

Jąder pozostawał w cieniu, ale nikt z rywali go nie lekceważył. Plech, Proch, Pyszny, Huszcza, Słaboń pamiętali, jak rok wcześniej leszczynianin machnął 13 punktów i zgarnął złoty medal.

– Miałem w głowie marzenia, żeby powtórzyć wynik sprzed roku, ale to nie takie proste. Piętnastu rywali myślało o tym samym, czyli o zwycięstwie – opowiada Jąder.

Niebiosa płakały

Sytuację dodatkowo skomplikowała pogoda. Padający deszcz wymusił na zawodnikach jeszcze większą koncentrację. Gdy drugi raz nad stadionem przeszła ulewa, nawierzchnia zamieniła się w grzęzawisko. Sędzia Cheładze dwukrotnie przerywał zawody. Długie przerwy nie pomagały zawodnikom.

Żużlowy klan rodziny Jąderów (od lewej): Maciej (syn Bernarda), Bernard Jader i jego starszy brat Zbigniew Jąder

„Beniu” zaczął pechowo. W pierwszym starcie przywiózł do mety 1 punkt.
– Miałem defekt motocykla – żałuje do dzisiaj obrońca mistrzowskiego tytułu z 1978 roku.

Reklama

Upadek zaliczył faworyt gospodarzy Proch. Unista dopchał motor i zmieścił się w regulaminowym czasie. Chwilę później kolejna sensacja – Mieczysław Woźniak pokonał Plecha. Widownia szalała ze szczęścia.

– Musiałem zadowolić się czwartym miejscem. Podium znajdowało się na wyciągnięcie ręki, gdyż zabrakło mi jednego punktu – wspomina żużlowiec “Byków”.

Plech sięgnął po mistrzostwo, ale bohaterem gorzowskich kibiców okazał się Woźniak. Zawodnik Stali zdobył 13 punktów. Tyle samo wywalczył Plech. Który z nich zostanie mistrzem, decydował dodatkowy bieg. Trzecie miejsce wywalczył Słaboń, zdobywając 12 punktów. Jąder miał 11 oczek.

Największym pechowcem finału IMP w 1979 roku okazał się Robert Słaboń. Zawodnik Sparty Wrocław po trzech zwycięstwach miał 9 punktów i w czwartym biegu walczył z Piotrem Pysznym o trzy punkty. Pech chciał, że Słaboń na wirażu wpadł w koleinę i upadł. Z toru został zwieziony karetką, ale wrócił i wygrywając ostatni wyścig stanął na podium. Miał dużą szansę zostać mistrzem, gdyby nie wypadek w 16. biegu

To, co nie udało się Jąderowi w 1979, powetował z nawiązką rok później. Gospodarzem finału IMP była Unia Leszno. Jąder na Stadionie im. A. Smoczyka zdobył mistrzostwo w cuglach.

– Gdyby nie deszczowa pogoda w Gorzowie i przede wszystkim pechowy defekt motocykla, to kto wie. Może byłbym autorem medalowego hat-tricka – uśmiecha się Jąder, który jest już na emeryturze. Niedawno w Alei Gwiazd Żużla przy Stadionie im. A. Smoczyka odsłonięto tablicę z nazwiskiem dwukrotnego IMP i wielokrotnego medalisty DMP.

Reklama

Poprzedni artykułLosowanie w ratuszu
Następny artykułApetyt na złoto

Must Read

Prezes nie wytrzymał i publicznie uderza w Piotra Pawlickiego

Zagotowało się w klubie i jako pierwszy nie wytrzymał prezes Roger Uppgård. Szef Masarny Avesta publicznie uderza w Piotra Pawlickiego. Krytykuje niewłaściwe zachowania polskiego...