More
    Strona głównaEkstraligaLwy spod Jasnej Góry

    Lwy spod Jasnej Góry

    -

    Ryk tego zwierzęcia słychać nawet z odległości ośmiu kilometrów. Za swój znak rozpoznawczy obrała go m.in. wytwórnia filmowa Metro-Goldwyn-Mayer. Na świecie obecnie znajduje się więcej pomników przedstawiających lwy niż żywych osobników tego gatunku. To właśnie z tym pięknym i groźnym stworzeniem, które często określane jest mianem „króla dżungli”, utożsamiany jest jeden z klubów żużlowych. Sprawdzamy, kiedy rozbrzmiał ryk częstochowskim Lwów.

    Prekursorów żużla pod Jasną Górą można szukać jeszcze w czasach, gdy Polska nie była niepodległym krajem. Bowiem już pod koniec XIX wieku powstało w mieście pierwsze stowarzyszenie kolarskie, które obrało nazwę „Częstochowscy Towarzysze”. Choć szybko przestało istnieć, to stało się przyczynkiem do powstania w 1900 roku kolejnej organizacji – Częstochowskiego Towarzystwa Cyklistów, które później do swojej nazwy wprowadziło dopisek „i Motocyklistów”.

    Grupa złożona z pasjonatów działała prężnie i organizowała różnego rodzaju wydarzenia – od wyjazdów turystycznych po imprezy kolarskie i wyścigi motocyklowe. Jej członkowie, co opisano na stronie Częstochowskiego Towarzystwa Motocyklowego, zasłynęli m.in. z pokonania na motorach trasy z Częstochowy do Krakowa oraz Zakopanego. Ówczesna prasa miała opisywać harce ulicami miasta, które niekiedy wzbudzały popłoch u przechodniów. Fani szybkiej jazdy rywalizować mogli również na wybudowanym cyklodromie, gdzie w ramach „wyścigów cyklistów amatorów” spotykali się najlepsi zawodnicy z różnych miast. Obiekt zlikwidowano niestety w 1919 roku i przekształcono w boisko do piłki nożnej. Wyścigi znów musiały wrócić na ulice. Mieszkańcy pobliskich wiosek mieli nawet przejeżdżające motocykle nazywać „diabelskimi wynalazkami”.

    Nestor żużla

    Po zakończeniu działań wojennych, mimo braku obiektu, w 1919 roku stowarzyszenie udało się reaktywować, a pięć lat później nadano mu nowe prawa – jego przedstawiciele mogli na sztandarze prezentować miejski herb. Historia rzeczonego sztandaru również jest wyjątkowa – w ukryciu przetrwał on bowiem II wojnę światową, a dziś podziwiać można go podczas lokalnych wystaw. Do 1939 roku częstochowscy zapaleńcy działali bardzo prężnie i zmierzali w kierunku umasowienia sportu. Wojenna zawierucha, która przerwała rozwój projektu, nie zatrzymała go jednak całkowicie. Szybko, bo już w 1945 roku znów zaczęto organizować kolejne rozgrywki sportowe.

    To również po wojnie narodził się częstochowski żużel. Gdy w 2016 roku przygotowano wystawę prezentującą 70-lecie istnienia czarnego sportu w mieście, to zatytułowano ją „Od Waldemara Miechowskiego wszystko się zaczęło…” i rzeczywiście, to tego zawodnika nazwać można nestorem częstochowskiego żużla.

    Miechowski urodził się w 1930 roku, a już 16 lat później zaczął zachwycać lokalną publiczność. To właśnie on zwyciężył w pierwszych zawodach żużlowych rozegranych w Częstochowie. Debiutanckie starcie rozegrano na bieżni lekkoatletycznej w nieco przypadkowy sposób. Historię zawodów w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” przedstawiał Marek Formicki. Główną atrakcją Dnia Sportu w 1946 roku miały być zawody kolarskie, na które przybyła dość liczna publika. Sportowcy nie dotarli jednak na miejsce rozegrania turnieju – prawdopodobnie zabłądzili na trasie etapu. W związku z tym, by kibice nie wyszli z zawodów bez wrażeń, zorganizowano wyścigi motocyklowe, w których nie tylko efektywną, ale i efektowną jazdę zaprezentował Miechowski.

    Wielka czwórka

    Pierwsi żużlowcy szybko mogli cieszyć się z posiadania stadionu – ten otwarto już 1 września 1946 roku. Jego inaugurację poprzedziła uroczysta Msza Święta, która odbyła się z okazji rocznicy powstania Częstochowskiego Towarzystwa Cyklistów i Motocyklistów. Na nowym obiekcie szybko zaczęto rozgrywać zawody z udziałem żużlowców z całego kraju. Dlatego też, gdy w 1948 roku ruszyły rozgrywki ligowe, to częstochowianie niejako musieli się w nich pojawić.

    Włókniarz w 2003 roku świętował zdobycie tytułu drużynowego mistrza Polski - czwarty raz w historii klubu
    (fot. Magazyn Żużel /Mariusz Cwojda) Włókniarz w 2003 roku świętował zdobycie tytułu drużynowego mistrza Polski – czwarty raz w historii klubu

    Trzon drużyny, która po eliminacjach rozpoczęła żużlową przygodę od zmagań w II lidze, obok Miechowskiego stanowili: Marian Kaznowski, Bogdan Laskowski oraz Władysław Szulczewski. Określani mianem „wielkiej czwórki” lub „czterech muszkieterów” zawodnicy startowali ze zmiennym szczęściem w rozrywkach, których forma ciągle się zmieniała. Poszukiwanie optymalnej formuły zmagań spowodowało, że w 1951 roku zdecydowano, że walka o mistrzowską koronę będzie toczyć się w ramach Ligi Centralnych Sekcji Żużlowych. Do rywalizacji w tej przystąpili częstochowianie.

    Reklama

    Skandynawska Polonia

    Pierwsze lata startów nie przyniosły zespołowi sukcesów, a obfitowały w przeciętne wyniki. Szczególnie nieudany dla drużyny był 1954 rok – skończyła ona rozgrywki na dziewiątym miejscu, co oznaczało spadek do niższej klasy rozgrywkowej, a także straciła jednego z liderów, czyli Kazanowskiego. Rok młodszy od Miechowskiego zawodnik również szybko objawił swój talent. Podobno w pierwszych wygranych zawodach wystartował bez… prawa jazdy. Kierownik Wydziału Komunikacji miał jednak być tak oczarowany jazdą młokosa, że zamiast dać mu naganę, to w nagrodę wręczył mu potrzebny dokument. Szybko zdolności zawodnika dostrzeli nie tylko lokalni działacze, ale też ogólnopolscy włodarze i został on włączony do kadry narodowej.

    Częstochowa żużel speedway
    (fot. Magazyn Żużel /Mariusz Cwojda)

    Niezwykłą podróż, którą opisała na swoich łamach „Gazeta Częstochowska”, zawodnik odbył w 1951 roku do Sztokholmu. Droga kadrowiczów do Szwecji wiodła bowiem przez Pragę, Berlin oraz Kopenhagę. Gdy ekipa dotarła do celu, to zamiast w stolicy kraju ostatecznie wystartowała w miejscowości Orebro. Zmiana miejsca rozegrania zawodów wymuszona została przez strajk lokalnej policji. Mimo że Polacy wyraźnie ulegli gospodarzom, to do kraju wracali podbudowani. Niezwykle pozytywnie zaskoczyć miał ich gest lokalnej Polonii – ta bowiem, gdy na stadionie odegrano hymn narodowy, miała uklęknąć.

    Odzyskana nadzieja

    Niestety plany i marzenia utalentowanego zawodnika zostały przerwane w 1954 roku na torze w Lesznie, gdzie doszło do makabrycznego wypadku. O jego przebiegu Kazanowski w 2009 roku opowiadał Bartłomiejowi Jejdzie. Mówił: „Minimalnie spóźniłem start. On z drugiego toru, ja trzeciego. Spóźniłem i… wychodzę z łuku, a on jest przede mną pół motocykla… no nie zapomnę, widzę to do dzisiaj… i tak się spojrzał, bo ja byłem na jego wysokości – cały czas mam przed oczami jego spojrzenie… byłem na jego wysokości. I mam go wyprzedzać, a ten spojrzał dobił do tej bandy, do tej deski… nie miałem gdzie uciec, wyleciałem w powietrze… pan wie, ile leciałem w powietrzu? By pan nie uwierzył. Osiem metrów, bo tylne koło uderzyło o deskę i w górę mnie wysadziło”.

    Ciąg dalszy tekstu pod materiałem video:

    W wypadku ucierpiała noga zawodnika, którą w nieodpowiedni sposób zajęli się lokalni lekarze. Doszło do komplikacji, a ostatecznie konieczności amputacji kończyny. 23-letni chłopak bliski był załamania, jednak dzięki pomocy rodziny i narzeczonej zdołał uwierzyć, że istnieje życie po tragedii, której doznał. Były zawodnik kontynuował studia politechniczne, nauczył się czterech języków, startował w wyborach do Sejmu, komponował utwory muzyczne oraz sędziował mecze żużlowe. Kazanowski zmarł w 2009 roku. Trzy lata później jego imię otrzymało częstochowskie Rondo.

    Nowe siły

    Również zawodnik, który do zespołu dołączył w 1955 roku, doczekał się podobnego zaszczytu, ponieważ jedna z częstochowskich ulic nosi jego imię. To Bronisław Idzikowski, który urodził się w 1936 roku i sportową przygodę rozpoczął od zainteresowania piłką nożną. Następnie został bokserem w Ogniwie Częstochowa. Jego miłość do wspomnianych sportów nie trwała jednak zbyt długo, bo już w 1953 roku zapisał się do szkółki żużlowej i to właśnie tej dyscyplinie oddał swoje serce. W tym sporcie czynił postępy – szybko dołączył do podstawowego składu drużyny, w którym – jak wspomina opisujący historię żużlowca Bartłomiej Jejda – partnerował legendarnemu Waldemarowi Miechowskiemu.

    (fot. Magazyn Żuzel /Mariusz Cwojda) Prezes Włókniarza Michał Świącik i były trener klubu Marek Cieślak

    Drużyna wzmocniona młodymi talentami (do zespołu dołączył również Stefan Kwoczała) zaczęła osiągać coraz lepsze wyniki. W 1956 roku uzyskała awans do I ligi. W tej dwukrotnie zajęła czwarte miejsce, by blaskiem rozbłysnąć w 1959 roku. Częstochowianie w sezonie zwyciężyli w 13 spotkaniach i sięgnęli po mistrzowską koronę. W ich składzie znajdowali się wtedy młody i utalentowany Idzikowski i legendarny Miechowski – ten drugi w tym samym roku zakończył sportową karierę. Niewątpliwie jako nestor częstochowskiego żużla dopiął swego. I choć w ostatnim sezonie uzyskał słabą średnią, to o jego wkładzie w budowę drużyny nie można zapominać.

    Przerwana kariera

    Sukces zespołu spowodował, że Idzikowski został dostrzeżony również przez decydentów polskiego żużla. Trafił do kadry narodowej, z którą zaczął odwiedzać takiej kraje jak ZSRR, Czechosłowacja, Austria, a nawet Norwegia. Pomimo tego, że musiał opiekować się rodzeństwem (jego matka zmarła w 1958 roku), to odnosił coraz większe sukcesy. Kariera „Nonka” rozwijała się intensywnie i wreszcie na horyzoncie pojawiło się marzenie o walce w finale Indywidualnych Mistrzostw Świata. Idzikowski drogę do celu rozpoczął dobrze – od wygrania w Libercu eliminacji kontynentalnych. W Czechach pokonał m.in. Igora Plechanowa. Po udanym występie w półfinale zawodnik dostał się do Finału Kontynentalnego. Ten rozegrany został w czeskich Slanach. Idzikowski zdobył w nim tylko trzy punkty, które jak się okazało były na wagę awansu… Mariana Kaisera. W jedynej wygranej gonitwie młody Bronek pokonał bowiem legendarnego Antonina Kaspera. Choć częstochowianin nie odniósł wielkiego sukcesu, to zbierał doświadczenie.

    To miało zaprocentować w kolejnych latach. I pewnie tak właśnie by się stało, gdyby nie sytuacja, do której doszło 10 września 1961 roku. W meczu przeciwko Polonii Bydgoszcz Idzikowski prowadził w wyścigu czwartym. Nagle jego maszyna stanęła, a w zawodnika wjechał klubowy kolega. Wypadek skończył się tragicznie – Idzikowski zmarł w szpitalu, a na ulicach żegnały go tysiące częstochowian. Od 1967 roku w mieście rozgrywany jest Memoriał poświęconym jego pamięci.

    Mistrzowski rok

    Nim opowiemy o tym, co przyniosły zespołowi kolejne lata, to powrócić trzeba raz jeszcze do 1959 roku. W tym sezonie ze złota cieszył się bowiem nie tylko zespół, ale również Stefan Kwoczała. Na torze w Rybniku okazał się zdecydowanie najlepszy w finale Indywidualnych Mistrzostw Polski. Zdobył pierwszy medal tych zawodów w dziejach klubu. Również i jego kariera rozwijała się świetnie. Po krajowym sukcesie także marzy o wygranej na świecie. I szybko udowodnił, że jest w stanie walczyć z najlepszymi. W 1960 roku dotarł aż do finału na Wembley. Na Wyspach zajął siódme miejsce, wygrał nawet jeden z wyścigów.

    Podobnie jak w przypadku Idzikowskiego, to również 1961 rok okazał się ostatnim w żużlowej karierze częstochowskiego talentu. Żużlowiec doznał poważnej kontuzji podczas rywalizacji o Złoty Kask w Krakowie. Po wypadku przeszedł trepanację czaszki i uratowany przez lekarzy, zakończył sportową karierę. Drużyna, która z nadziejami wkraczała w lata 60., została więc pozbawiona dwóch wielkich talentów. Przyniosło to słabsze wyniki – w 1962 roku zespół spadł do niższej klasy rozgrywkowej i w tej pozostał do 1967 roku. Powrót do I ligi okazał się dla niego jedynie trzyletnim epizodem i skończył się kolejnym spadkiem. Na wielkie sukcesy i dobrą passę drużyna musiała czekać do początku lat 70. Te przyniosły końce karier kolejnych legend zespołu – Stanisława Rurarza i Bernarda Kacperaka, ale także wielkie sukcesy.

    Zgubny Rzeszów

    W nowe dziesięciolecie Lwy wkroczyły na pokładzie z takimi postaciami jak Marek Cieślak, Andrzej Jurczyński czy Marek Czerny. Dramatyczna jest historia ostatniego z wymienionych. Urodzony w 1951 roku zawodnik, który pomógł klubowi w awansie do I ligi, w 1972 roku zginął na torze w Rzeszowie. Tragiczny wypadek odniósł na tym samym obiekcie, na którym dwa lata wcześniej zdał żużlowy egzamin. Marek Cieślak na łamach „Gazety Wyborczej” wspominał go jako grzecznego, ułożonego chłopaka, który nie tylko miał żużlowy talent, ale również chętnie słuchał porad starszych kolegów. Panowie zżyli się na tyle mocno, że Czerny był świadkiem na ślubie Cieślaka.

    Włókniarz Częstochowa
    (fot. Magazyn Żużel /Mariusz Cwojda)

    Wieloletni trener reprezentacji Polski o wypadku przyjaciela dowiedział się w dniu, który powinien być dla niego bardzo szczęśliwy. Wracał bowiem z Niemiec, gdzie wraz z reprezentacją sięgnął po medal Drużynowych Mistrzostw Świata. Czerny, podobnie jak Idzikowski, spoczął na częstochowskim cmentarzu. Również doczekał się ronda swojego imienia.

    Ryk Lwa

    Mimo utraty kolejnego utalentowanego zawodnika zespół z sezonu na sezon spisywał się coraz lepiej. Apogeum przyszło w 1974 roku, gdy do drużyny dołączył Józef Jarmuła ze Śląska Świętochłowice. Sezon dla Lwów rozpoczął się dobrze, ale przerwany został kolejną tragedią. W wypadku samochodowym zginął Zygmunt Gołębiowski. Klubowi koledzy nie poddali się jednak, ale również i dla zmarłego zawodnika walczyli dalej. Kluczowy okazał się ostatni ligowy mecz, w którym do Częstochowy przyjechała drużyna z Zielonej Góry. Na trybunach zasiadł nadkomplet widzów. Nawet 35 tysięcy osób pragnęło obejrzeć spotkanie. W tym pod taśmą nie stanął Marek Cieślak, którego z walki wyeliminowała kontuzja. Reszta drużyny stanęła jednak na wysokości zadania. Po trudnym początku wygrała zdecydowanie. Kibice zgotowali swoim bohaterom owację na stojąco, a żużlowcy pod eskortą milicji wykonali honorową rundę ulicami miasta. Podczas tej szczęśliwy Józef Jarmuła wyrzucił w stronę kibiców swój mistrzowski plastron. Jego radość nie mogła dziwić – w dorobku miał już bowiem srebrne i złote medale mistrzostw kraju. Złoto zdobył jednak pierwszy i ostatni raz.

    W tym samym roku sukces wraz z kadrą odniósł także Andrzej Jurczyński. Żużlowiec przez całą karierę wierny Częstochowie sięgnął po brązowy medal Drużynowych Mistrzostw Świata. Radość jemu oraz drużynie przyniosły także kolejne sezony. W 1975 i 1976 zespół sięgnął po srebro, a dwa kolejne sezony zakończył na trzecim stopniu podium. Pięcioletnia passa została brutalnie przerwana siódmą lokatą w 1979 roku, a następnie spadkiem do II ligi, w której zespół startował w latach 1982 – 1991.

    Nagie karty

    Zmagania w niższej klasie rozgrywkowej również nie były dla drużyny łatwe. Po trzeciej pozycji w 1982 roku, rok później było dopiero szóste miejsce. Lata 80. przyniosły również koniec bogatej kariery Jurczyńskiego. Żużlowiec z klubu odszedł w 1986 roku. Jego dokonania można podsumować kilkoma liczbami. Przez lata startów w barwach Lwów wywalczył dla drużyny, co wyliczył Rafał Piotrowski, dokładnie 1439 punktów. Na torze zostawił także swoje serce i sporo zdrowia. Ponieważ nie dysponował zbyt dobrym startem, to chcąc wygrywać musiał często wykonywać ryzykowne akcje na dystansie. W efekcie, co po latach wyliczył sam zainteresowany w programie Czewa TV, przez całą karierę aż piętnaście razy lądował w szpitalu i miał złamane aż siedemnaście kości.

    Ciąg dalszy tekstu pod materiałem video:

    Ponieważ żużlowiec startował również w kadrze narodowej, to wraz z nią odwiedził różne kraje, a także, o czym opowiadał Łukaszowi Witczykowi, szmuglował czasem niedozwolone produkty, w tym gazety oraz karty z gołymi kobietami. Te ostatnie udało mu się na czas rewizji w ZSRR ukryć w żużlowej oponie. Kłopoty zaczęły się po powrocie do kraju, ponieważ właśnie na tej oponie do biegu chciał wyjechać inny zawodnik. Jurczyński zatrzymał go w ostatniej chwili. Wyjaśniał po latach, że gdyby opona zdefektowała, to karty wyleciałby w powietrze, a wszystkich startujących czekałyby spore kłopoty.

    Przekazanie pałeczki

    Również w 1986 roku zawodniczą odsłonę swojej żużlowej przygody zakończył Marek Cieślak. Podobnie jak Jurczyński przez całą karierę wierny był zespołowi z Częstochowy. Pod koniec kariery reprezentował również brytyjski zespół White City Rebels. Cieślak obok klubowych sukcesów miał również liczne kadrowe i indywidualne osiągnięcia. Łącznie sięgnął po cztery medale Drużynowych Mistrzostw Świata. Dodatkowo, jako kolejny reprezentant Częstochowy – po złotym Kwoczale oraz brązowym Kacperaku – wywalczył medal indywidualnych mistrzostw kraju. W 1975 roku na rodzimym torze uległ jedynie Edwardowi Jancarzowi.

    Reklama

    W ciekawy sposób początki kariery przyszłego trenera wspomina Paweł Kosmala (https://czestochowafinansowa.pl/) – prywatnie szkolny znajomy zawodnika oraz fan częstochowskiej drużyny. Kosmala opisuje, że Cieślakowi od początku wróżono wielką karierę, a gwiazdą stał się już podczas egzaminu na licencję żużlową. Podczas tego, który przeprowadzono tuż przed Memoriałem Bronisława Idzikowskiego, młody Cieślak jechał niezwykle dynamicznie. Kibice mieli czuć, że obserwują nowego mistrza. I rzeczywiście – zawodnik szybko zaczął brylować w lidze i nie ustępował najlepszym zawodnikom w kraju. Zainteresowanie miał zbudzać również biały kevlar, który przyodział jako prawdopodobnie pierwszy żużlowiec w Polsce.

    Ciąg dalszy tekstu pod materiałem video:

    Legendarni zawodnicy z klubem i kibicami oficjalnie pożegnali się 31 maja 1987 roku. W Częstochowie rozegrany został turniej „Pożegnanie z torem M. Cieślaka i A. Jurczyńskiego”. Zawody wygrał Wojciech Załuski, a odchodzący mistrzowie niejako wyznaczyli swoich następców. Przekazali swoje lwie plastrony młodym żużlowcom – Sławomirowi Drabikowi oraz Dariuszowi Rachwalikowi.

    Udany powrót

    Wreszcie nadszedł dla zespołu upragniony 1991 rok. W II lidze drużyna zajęła drugą lokatę i uzyskała prawo startów w najwyższej klasie rozgrywkowej. To był wyjątkowy sezon także dla Sławomira Drabika. 25-latek na torze w Toruniu okazał się zdecydowanie najlepszy – z kompletem punktów sięgnął po drugi w historii zespołu tytuł Indywidualnego Mistrza Polski. W pokonanym polu pozostawił m.in. Załuskiego, Dudka oraz Golloba. Drużyna z optymizmem patrzyła w przyszłość, która wystawiła jednak zespół na próbę. W 1992 roku Lwy zajęły w I lidze ostatnie miejsce i znów spadły do niższej klasy rozgrywek. Tym razem jednak nie zagrzały w niej miejsca i w 1994 roku na stałe powróciły do walki z najlepszymi zespołami. Na upragniony sukces czekały kolejne dwa lata.

    Liderzy Eltrox Włókniarza Częstochowa Jakub Miśkowiak i Leon Madsen
    (fot. Magazyn Żużel /Mariusz Cwojda) Liderzy Eltrox Włókniarza Częstochowa Jakub Miśkowiak i Leon Madsen

    W rok 1996 zespół wkroczył na czele z nowym prezesem – Romanem Makowskim. Do drużyny, w której był już Sebastian Ułamek, dołączyli Robert Jucha i Rafał Chiński. Świetną formę prezentował Drabik, który po raz drugi sięgnął po tytuł mistrza kraju. Na torze w Warszawie podobnie jak pięć lat wcześniej wygrał z kompletem punktów. Na podium stanął z dwoma reprezentantami Leszna – Adamem Łabędzkim i Romanem Jankowskim. Drużyna także spisywała się dobrze i do fazy Play Off wyjechała na trzeciej pozycji. W półfinale Lwy pokonały zespół z Piły, a w finale lepsze okazały się od drużyny z Torunia. Trzecia mistrzowska korona w historii klubu stała się faktem.

    Czternaście lat

    O tym, że łatwiej zdobyć tytuł niż go obronić wie wiele drużyn. Brutalnie przekonali się o tym częstochowianie w 1997 roku. W lidze zajęli bowiem dopiero dziewiąte miejsce i spadli do II ligi. W tej udało im się zwyciężyć w 1999 roku, gdy do drużyny dołączono Marka Lorama oraz Rune Holtę. To właśnie drugi z żużlowców na kolejne lata związał swoje losy z zespołem i stał się jego legendą. Tym razem powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej, czyli Ekstraligi, dla drużyny był nie tylko epizodem, ale początkiem dobrej passy. W najwyższej klasie rozgrywkowej Lwy pozostały aż do 2014 roku. Przez czternaście lat zgromadziły pięć medali. Po najcenniejszy sięgnęły w 2003 roku, gdy po raz czwarty zdobyły mistrzowską koronę. Tym razem znów złoto było podwójne – wygrała zarówno drużyna, jak Indywidualnym Mistrzem Polski został Holta.

    Gdy wydawało się, że drużyna spod Jasnej Góry, to już stały element najwyższej klasy rozgrywkowej, nadeszły dla zespołu ogromne problemy. Konieczność walki w barażach w 2010 i 2011 roku, a następnie duże kłopoty finansowe. Te spowodowały, że w 2014 roku zespół startował z tzw. licencją nadzorowaną. Ponieważ problemów nie udało się rozwiązać, to po sezonie odebrano mu licencję.

    Kolejny ryk

    Zespół z Częstochowy zniknął więc z żużlowej mapy Polski. Na szczęście powrócić udało się szybko, bo w 2016 roku i to do startów w I lidze. W tamtym sezonie zdecydowano bowiem o połączeniu niższych klas rozgrywkowych. Drużyna zmagania w tej lidze zakończyła na trzecim miejscu. Tym razem jednak, dzięki kłopotom i rezygnacji innych zespołów została zaproszona do Ekstraligi. Propozycja została przez władze Częstochowy przyjęta i już od 2017 roku zespół oglądamy w najwyższej klasie zmagań.

    Lwy po powrocie zza światów zdołały zbudować sobie solidną pozycję w lidze – w 2017 było piąte miejsce, rok później czwarta lokata, a w 2019 roku brązowy medal. Dwa ostatnie sezony drużyna zakończyła na piątej pozycji. Najważniejsze jednak, że znów jest elementem żużlowego krajobrazu. Pozostaje tylko czekać, gdy znów usłyszymy ryk Lwów.

    Reklama
    - Advertisment -

    Must Read

    Rozpędzony Motor Lublin jedzie po mistrzostwo Polski

    Kolejny przystanek - Leszno - lublinianie zaliczyli z przytupem. Motor Lublin jako jedyna zespół w PGE Ekstralidze pozostaje niepokonany. Wczoraj na "Smoku" zwyciężył 47:43.Tropikalny...