Strona główna Reportaż Wojownik spod Jasnej Góry

Wojownik spod Jasnej Góry

-

Nie osiągał wielkich sukcesów, nie wygrywał seryjnie wyścigów, a jednak w Częstochowie do dzisiaj wszyscy pamiętają o jego wielkiej ambicji i niesłychanej waleczności. Panie i panowie, przed państwem Robert Przygódzki, wielki wojownik spod Jasnej Góry.

Reklama

13 października 1996 roku. Faworyt finału Apator DGG Toruń podejmuje na własnym obiekcie Włókniarza Malma Częstochowa w rewanżowym pojedynku finałowym drużynowych mistrzostw Polski. Mecz ma być formalnością. W Grodzie Kopernika szampany się mrożą. W Częstochowie, trzy dni wcześniej, torunianie przegrali zaledwie dziesięcioma punktami. Biało-zieloni zdają sobie sprawę, że przed sezonem nikt nie stawiał ich w gronie zespołów walczących o medale. Z pokorą podchodzą do sukcesu, jaki już osiągnęli.

Przygotowania do licencji (fot. ze zbiorów Roberta Przygódzkiego)

– Jestem szczęśliwy, że moja drużyna jeździ w play-offie, walczy o złoty medal. Nikomu z nas nie marzyło się to przed sezonem. Jest to nasze wielkie święto – przyznaje przed rewanżem w telewizyjnej rozmowie trener częstochowian, Marek Cieślak.

– My jedziemy na luzie, oni muszą – dodaje Janusz Stachyra.

Wyszedł z cienia

Niespodziewanie to nie Stachyra, Sławomir Drabik czy nawet Joe Screen najbardziej zaskoczyli kibiców. Bohaterem spotkania okazał się żużlowiec drugiej linii – Robert Przygódzki. Na „dzień dobry” dwukrotnie dowiózł do mety podwójne zwycięstwo, a potem dorzucił jeszcze dwa punkty. Częstochowianie przegrali zaledwie dwoma „oczkami”, tym samym zdobywając mistrzowski tytuł i nawiązując do wielkich sukcesów Włókniarza z sezonów 1959 oraz 1974.

Czytaj więcej  Trudne początki pięknej tradycji

– Przed sezonem nikt nie przypuszczał nawet, że zdobędziemy mistrzostwo – przyznaje Robert Przygódzki. – W drużynie panowała świetna atmosfera, byliśmy jedną wielką rodziną, naprawdę zgraną paczką. Poza tym startowaliśmy z czystymi głowami i chyba to był nasz główny atut. Tak się też jakoś złożyło, że pierwszy nowy motocykle, i to od razu dwa, dostałem właśnie w tym sezonie.

Robert Przygódzki (fot. ze zbiorów prywatnych)

O ile wielką niespodziankę żużlowcy z lwem na plastronie sprawili w roku ‘96, tak rok później niemile zaskoczyli swoich fanów, spadając do II ligi, jako… urzędujący mistrz Polski. Przygódzki w tym feralnym sezonie za dużo nie pojeździł. Wszystko przez kontuzję.

– Najpierw w Gorzowie uszkodziłem kolano, ale to nie był największy kłopot. Prawdziwy problem pojawił się, kiedy pojechaliśmy do Torunia. Gdyby dzisiejsi komisarze toru zobaczyli nawierzchnię, to od razu odwołaliby mecz – śmieje się nasz bohater. – Ale my pojechaliśmy, taki był wtedy żużel. Traf chciał, że w pewnym momencie wyciągnęło mnie na łuku, zabrałem ze sobą bodajże Roberta Kościechę i wyrwało mi rękę ze stawu barkowego. Do dzisiaj odczuwam jej skutki, mam zanik mięśnia naramiennego. Lekarz stwierdził, że mu „kaktus wyrośnie” jak wrócę na tor. Dwa lata później odnowiłem licencję, a badania robiłem u niego. Był bardzo zdziwiony, że dałem radę. Nikt nie wie jednak, ile mnie to kosztowało…

Kontuzje były jednym ze skutków ubocznych ogromnej ambicji Przygódzkiego i towarzyszyły mu niemalże od początku kariery. Wśród kibiców krążyły nawet dowcipy, że wychowanek Włókniarza nie lata samolotami, bo przez żadną bramkę by go nie przepuścili – blachy w ciele wciąż uruchamiałyby alarmy.

Żużel z przeszkodami

Można powiedzieć, że kariera mistrza Polski z 1996 roku to ciągłe pokonywanie przeszkód. Chociaż licencję uzyskał w 1986 roku, jeździć zaczął dopiero rok później, mając już dwadzieścia lat.

– Wszystko przez powracający przepis, wymagający od żużlowców posiadania prawa jazdy na motocykl – mówi.

Teza, że lata 80-te we Włókniarzu to nie najlepszy czas na rozpoczynanie kariery nie byłaby trudna do obronienia. A jednak Przygódzki z nostalgią wspomina ten okres: – Było fajnie. Spotykaliśmy się razem na stadionie, pracowaliśmy przy sprzęcie.

(fot. ze zbiorów Roberta Przygódzkiego)

I chociaż początek lat 90-tych to czas, kiedy Włókniarz powoli wychodził z ligowych nizin, Przygódzki wyraźnie odczuł zmieniający się ustrój. Proces przemian gospodarczych odbił się na klubie i całej dyscyplinie. Żużlowcy traktowani byli nierzadko jak niewolnicy, a o swoje pieniądze musieli upominać się nawet w sądzie.

– Ja nawet lat pracy nie mam do emerytury – uśmiecha się żużlowiec. – Był czas, kiedy byłem na stypendium sportowym, a od stypendium nie odprowadzano składek i nie liczy się ono do lat pracy. Wcześniej byliśmy zatrudnieni na stadionie żużlowym, jako pracownicy klubu.

Czytaj więcej  Częstochowskie Lwy. W stadzie raźniej

Zdarzało się, że biznesmeni kierujący klubami zwalniali zawodników, kazali rejestrować się im w urzędzie pracy jako bezrobotnym, po czym zatrudniali ich, by uzyskać bezzwrotne kredyty! O żużlowcach, kiedy doznawali kontuzji, szybko zapominano. Tak samo było też z „Rumunem” – jak nazywali go koledzy z toru. Kiedy rok po mistrzostwie potrzebował pomocy, pewni działacze chętniej zbierali pieniądze na Wiesława Jagusia, zamiast na swojego wychowanka! Nawet na konsultacje do Piekar załapał się niejako przy okazji.

Reklama

– Chyba nic nie mogło mnie zdziwić, skoro parę lat wcześniej nawet o tym, że zostałem sprzedany do Machowej dowiedziałem się jako ostatni – śmieje się Przygódzki. – Takie to były czasy.

Nie poddał się

Wydawało się, że po urazach odniesionych w feralnym dla Włókniarza sezonie 1997, Przygódzki zakończy karierę. Tym bardziej, że pozostawiony sam sobie jeździec, małymi krokami, okupionymi hektolitrami wylanych łez i kropel potu, przez ponad dwa lata wracał do pełnej sprawności.

– W 2000 roku wujek działał w Krakowie, namówił mnie do odnowienia licencji i jeszcze trochę pojeździłem – przyznaje częstochowianin.

Powrót wypadł na tyle dobrze, że zainteresowały się nim inne kluby.

– Ślizgało się to tu, to tam, o pieniążkach się nie myślało, czasem trzeba było się o nie, z różnym skutkiem, sądzić – uśmiecha się 53-letni zawodnik. – Najmilej wspominam czas startów w Tarnowie. Pieniądze były na czas, nie było żadnych problemów, a poza tym eksplodował talent Janusza Kołodzieja. Wtedy też uzyskaliśmy awans, a ponieważ pracowałem zawodowo u swojego sponsora, wiedziałem, że liga wyżej, to już nie dla mnie. Przeszedłem do Lublina i chociaż nie pojeździłem jakoś szczególnie dużo, znów awansowaliśmy.

Przygódzki znalazł się ponownie w Krakowie. Niestety klub nie dokończył rozgrywek, a doświadczony żużlowiec powiedział „pas”.

Za czasów startów w wandzie Kraków (fot. ze zbiorów Roberta Przygódzkiego)

– Nie mogłem dokładać do motocykla, zamiast do domu – przyznaje bez ogródek.

Chociaż jego kariera skończyła się ponad piętnaście lat temu, kibice wciąż o nim pamiętają, nierzadko również rozpoznają. Do dzisiaj, w Częstochowie, Tarnowie, Krakowie, Opolu czy Lublinie, mówiąc „Przygódzki”, myślą: „walczak”. Skąd wzięła się słynna ambicja mistrza Polski Anno Domini 1996?

– Byłem tak „wybitnym” startowcem, że chyba ani razu w życiu nie zerwałem taśmy – śmieje się ze sporym dystansem do własnej osoby Przygódzki. – A skoro wychodziłem ostatni, to trzeba było trochę tego żużla złapać między zęby, żeby jakieś punkty przywieźć.

Nie da się ukryć, że Robert Przygódzki, to jeden z cichych bohaterów, o których kibice nie zapomną. Należy do pokolenia żużlowców, którzy uprawiali żużel, bo go kochali. Warto też wiedzieć, że nie wspominalibyśmy startów Przygódzkiego z takim rozrzewnieniem, gdyby nie siostra, która tak często wysyłała brata po autografy żużlowców, aż ten postanowił sam je rozdawać i… w ten sposób trafił na tor.

fot. ze zbiorów Roberta Przygódzkiego (Przygódzki atakuje po szerokim)

Reklama


Musisz przeczytać

Leon Madsen zachorował zaraz po SoN

Duński stranieri częstochowskiego Włókniarza i lider reprezentacji kraju Leon Madsen jest zakażony koronawirusem. Żużlowiec przeszedł badania i o dodatnim wyniku testu poinformował w swoich...

Start Gniezno: zawirowania w klubie