Strona główna Ekstraliga Żużlowa matematyka

Żużlowa matematyka

-

Jeśli prezes Unii Leszno Piotr Rusiecki mówi, że dysponuje budżetem na poziomie 20 procent, tego co miał w poprzednich latach, to nie ma podstaw mu nie wierzyć. Podziwiam, że przy tak skromnych możliwościach finansowych zdołał zatrzymać mistrzowski zespół. Bo wierzę, że wszyscy jego zawodnicy podpiszą aneksy finansowe i pojadą w tym sezonie.

Patrząc na cyfry i przestawiając je na różne sposoby, nijak nam nie pasuje ta cała żużlowa matematyka. Proszę sobie wyobrazić i jednocześnie zastanowić się. Najlepsza ligowa drużyna żużlowa w Polsce w 2019 roku posiadała budżet na poziomie 9-10 milionów złotych. Według wyliczeń prezesa Rusieckiego, dzisiaj z tej kwoty ma do dyspozycji nie więcej niż 1,9 – 2 mln zł. Z kolei, zawodnicy narzekają, że musieli zgodzić się na obcięcie kontraktów nawet o 50 procent.

W połowie rozgrywek zator?

Zakładając hipotetycznie, że budżet klubu przewiduje ok. 70-80 procent na utrzymanie drużyny. Każdy z zawodników posiada zawodowy kontrakt i nie tylko zarabia, wystawia fakturę, ale również ponosi koszty. 70 procent z 10 milionów przeznaczone na wynagrodzenia zawodników, to kwota 7 milionów. Nawet jeśli żużlowcy zgodzili się na zmniejszenie wynagrodzenia o połowę, to i tak 2 miliony w budżecie nie starczy na przejechanie sezonu. Z prostego rachunku matematycznego wynika, że Unii Leszno w połowie rozgrywek grozi finansowy zator.

Nie wszyscy zawodnicy mistrza Polski zarabiają tyle samo. To zrozumiałe, jak w każdej pracy. Juniorzy i Australijczycy w leszczyńskiej Unii na pewno nie kasują, tyle co Emil Sajfutdinow, Piotr Pawlicki, Jarosław Hampel czy Janusz Kołodziej. Mimo to trudno rozgryźć finansowe meandry w polskim żużlu. Sytuacja pokazuje, że gwiazdy speedwaya zarabiały w Polsce grube miliony. Słyszę, że niektórzy wciąż trzymają fason i rozpychają się łokciami. I ani myślą zejść z oczekiwaniami finansowymi, poniżej jednego miliona złotych za sezon. No i mamy problem.

Złośliwi twierdzą, że to właśnie prezesi są sami sobie winni. To oni płacili i podpisywali kontrakty, z których teraz żużlowcy nie zamierzają rezygnować. Działacze sami stworzyli sobie taki świat, gdzie nawet przeciętni zawodnicy zarabiali pieniądze, na które przeciętny zjadacz chleba musiałby pracować całe życie.

Naważyli piwa, więc teraz niech je wypiją, gdy w kasie pusto. Podejrzewam, że żużlowcy tak łatwo im nie odpuszczą.

Musisz przeczytać

Pawlicki i Sajfutdinow po testach w Lesznie

Zakończyły się testy w żużlowej ekstralidze. Wyniki badań poznają zawodnicy najpóźniej w środę.Uwaga niektórych w dniu dzisiejszym była skupiona na Lesznie. Kibice zadawali sobie...