More
    Strona głównaEkstraliga10 koła za punkt i melon za podpis. Komu tyle płacą?

    10 koła za punkt i melon za podpis. Komu tyle płacą?

    -

    Stawki ciągle rosną i prezesi coraz mocniej drapią się po głowie, skąd brać pieniądze, by spełnić żądania żużlowych gwiazd. Zawodnicy, którzy gwarantują dobry wynik wykorzystują koniunkturę na rynku, na którym wciąż bessa – brakuje takich jak Bartosz Zmarzlik, Mikkel Michelsen czy Leon Madsen.

    Popyt na żużlowców jest większy niż podaż i właściciele klubów mają problem. Z kolei, żużlowe gwiazdy zacierają ręce. 10 tysięcy za punkt i milion złotych za podpisanie rocznego kontraktu, to powoli staje się normą w rozmowach negocjacyjnych z zawodnikami z najwyższej półki. Okazuje się, że wcale nie jest sufit oczekiwań i żądań.

    Czytaj więcej  To był przemyślany ruch Fogo Unii Leszno i... niezła okazja handlowa

    Już jakiś czas temu współwłaściciel Unii Leszno Józef Dworakowski przestrzegał, że żużlowa liga w naszym kraju zmierza w złym kierunku i pieniądze w końcu się skończą. Kluby nie są studnią bez dna, a dno coraz bliżej. Dworakowski zastanawia się, ile mają wynosić klubowe budżety i jaka jest granica absurdu, czyli żądań finansowych zawodników.

    Ciąg dalszy tekstu pod materiałem video:

    Prezesi innych klubów też mają z tym problem, ale gdy poruszamy temat pieniędzy, wolą nie grzebać w szczegółach. Jeśli nawet Motor Lublin posiada górę pieniędzy, to powinien zachować trochę wstrzemięźliwości. Rozpasanie zawodników lukratywnymi kontraktami do niczego dobrego nie prowadzi. Owszem, żużlowcy powinni dobrze zarabiać, gdyż ryzykują życiem. Ale gdzieś musi być granica rozsądku. Panowie żużlowcy, trochę umiaru.

    Czytaj więcej  Wiktor Kułakow, czyli brutalne zderzenie z Ekstraligą

    10 tysięcy złotych za punkt, to ze 100 tysięcy złotych za mecz. Jeśli prezes ma trzech takich „rajderów” w drużynie łatwo policzyć, ile musi zapłacić. Coś przyniosą do klubowej kasy kibice, którzy kupią bilety. Coś dołożą sponsorzy za reklamę, wpadnie grosz od telewizji. To w przypadku meczu na własnym stadionie. Ale przecież nie wszystkie mecze odbywają się na własnym torze. Mecz wyjazdowy, zwłaszcza wygrany musi więc szczególnie boleć księgową oraz właściciela klubu. Punkty w tabeli się zgadzają, ale z pieniędzmi w kasie jest gorzej. Sytuacja pokazuje, że PGE Ekstraliga, to rywalizacja krezusów. Słabi finansowo nie maja w niej racji bytu.

    Reklama

    Żałuję, że prezesi klubów trzymają w tajemnicy szczegóły finansowe. Może powinni głośno mówić o cenach i żądaniach zawodników. Ci drudzy wykorzystują sytuację – jeśli są chętni płacić im 10 koła lub więcej za zdobyty punkt w meczu i bańkę za podpis na kontrakcie, to proszę bardzo. Każdy z nas skorzysta. I tak własnie tłumaczą zawodnicy. „Jak nam płacą, to bierzemy”. Prezesi są naiwni – ciągle jadą po bandzie, wynik ponad wszystko. W tej sytuacji najlepiej sprawdza się zasada „płać i płacz”.

    Najlepsza, najbogatsza, najwspanialsza… I wszystko jasne!

    Reklama

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!
    Proszę podać swoje imię tutaj

    - Advertisment -

    Must Read

    „Umarł król, niech żyje król”? ROW Rybnik nie martwi się odejściami...

    Prezes Krzysztof Mrozek z ROW Rybnik wcale nie zmartwił się odejściem Andreasa Lyagera. Duńczyk wstępnie porozumiał się z klubem z ulicy Gliwickiej, ale po...