Strona główna Reportaż Miłość do żużla z długim stażem

Miłość do żużla z długim stażem

-

Zbigniew Wachowski fanem żużla i leszczyńskiej Unii jest od 1951 roku. Jako kibic debiutował na… I memoriale im. Alfreda Smoczyka. Opowiada nam o czarnym sporcie z lat 50-tych z perspektywy widza.

Początki lat 50-tych to okres dominacji Unii Leszno w najwyższej klasie rozgrywkowej. Zbigniew Wachowski w 1950 roku nie wiedział jeszcze nic o speedwayu, a żużlowego bakcyla złapał od swoich kolegów ze szkoły.

Wszystko przez kolegów

Moi kumple cały czas dyskutowali o żużlu. Było to w 1950 roku jeszcze przed śmiercią Alfreda Smoczyka. W tamtym roku nie zdążyłem pojechać na żużel, a właśnie we wrześniu zmarł Smoczyk. Rok później podczas kolejnych rozmów o czarnym sporcie powiedziałem kolegom, że zabieram się z nimi na zawody. I tak trafiłem na I memoriał im. Alfreda Smoczyka – mówi Zbigniew Wachowski.

Czytaj więcej  Złote czasy, złota drużyna

Od początku istnienia memoriał był uważany za drugą najważniejszą imprezę w kraju po Indywidualnych Mistrzostwach Polski. Przez pewien czas był również jedną z rund IMP, kiedy to mistrza Polski wyłaniano po paru turniejach.

Przed I memoriałem za faworyta zawodów był uważany Józef Olejniczak – najlepszy zawodnik Unii Leszno w tamtym okresie. Losy turnieju potoczyły się jednak inaczej.

Zbigniew Wachowski, wierny kibic żużla i Unii Leszno od 70 lat! (fot. Dawid Franek)

Józef Olejniczak był najskuteczniejszy w fazie eliminacyjnej zawodów – wspomina Zbigniew Wachowski – W półfinale miał jednak olbrzymie problemy sprzętowe i nie wjechał do finału. W zawodach zwyciężył Stanisław Glapiak, który w pierwszym starcie spisał się bardzo kiepsko, ale później wygrał już wszystkie wyścigi.

Reklama

Po zawodach memoriałowy Puchar został więc w Lesznie. Podium turnieju uzupełnili wówczas Bolesław Bonin (Polonia Bydgoszcz) oraz Janusz Suchecki (CWKS Warszawa).

Niezwykłe derby

Z racji obowiązków w pracy Zbigniew Wachowski w późniejszych latach rzadko gościł na żużlu, ale gdy już się pojawiał, to na meczach, które przyprawiały kibiców o zawrót głowy.

W 1954 roku pracowałem w miejscowości o nazwie Dłoń i stamtąd wybraliśmy się wraz z kolegami pociągiem na mecz do Rawicza, gdzie miejscowy Kolejarz mierzył się z Unią Leszno. Mecz był niezwykle zacięty. Niepokonany był miejscowy idol Florian Kapała, a cały stadion krzyczał: Florek, Florek, Florek! Pamiętam, że mecz zakończył się zwycięstwem Unii 27,5:26,5. W jednym biegu bowiem zawodnicy walczący o drugie miejsce wpadli równo na metę i przyznano im po 1,5 punktu.

Czytaj więcej  Florek, chłopak z Szymanowa

W latach 50-tych niskie wyniki spotkań były normalnością, bo rozgrywano tylko 9 wyścigów. Składy zespołów liczyły po 6 żużlowców oraz 2 rezerwowych. Każdy zawodnik z podstawowego składu pojawiał się na torze trzykrotnie. Zupełnie inaczej przygotowywano wtedy tor do zawodów i w ich trakcie.

Tory na ogół były bardzo przyczepne. Szpryca spod koła była ciężka. Po każdym wyścigu na tor wyjeżdżał traktor i go równał, co sprawiało, że zawody przeciągały się w nieskończoność, mimo że wtedy rozgrywano tylko 9 biegów. Dopiero po kilku latach zmieniono podejście do kosmetyki owalu w trakcie zawodów.

Zawodnicy mieli zupełnie inny styl jazdy niż obecnie. Wówczas gdy wchodzili w łuk, dotykali lewą nogą toru i były na nim widoczne wyraźne ślady.

Wóz drabiniasty, rower lub nogi

Dzisiaj każdy kibic może łatwo dostać się na stadion, nie ma z tym problemu. 70 lat temu było „trochę” inaczej:

Po pamiętnym meczu w Rawiczu pociągi już nie jeździły do naszej miejscowości, więc próbowaliśmy się z kimś zabrać, ponieważ inni kibice przyjechali na mecz wozami drabiniastymi bądź małymi ciągnikami. Niestety z nikim nie wracaliśmy i ponad 20 km szliśmy pieszo. Nie znałem drogi powrotnej, ale wiedziałem, że jak pójdziemy torami kolejowymi, to dotrzemy do celu.

W późniejszych latach przeprowadziłem się i wraz z kolegami mieliśmy do stadionu w Lesznie 40 km. Jeździliśmy na mecze rowerami i nikt z nas nie miał z tym problemu.

Żużlowi idole

Na początku przygody Zbigniewa Wachowskiego z żużlem w Polsce jeździło wielu uznanych żużlowców. Nasz rozmówca podobnie jak inni kibice miał kilku idoli.

Najbardziej imponował mi Andrzej Krzesiński, który jeździł w Unii Leszno kilka sezonów po przyjściu z Ostrowa. Na zawsze w mojej pamięci zostały jego ostre pojedynki na torze z gwiazdą Spójni Wrocław Edwardem Kupczyńskim. Jeśli chodzi o styl jazdy, to lubiłem również oglądać Henryka Żyto i Kazimierza Bentke.

Oczywiście poza zawodnikami Unii doceniałem również innych. Na pewno uwagę przykuwał wspomniany już wyżej Kupczyński, ale także Bolesław Bonin, reprezentant Gwardii Bydgoszcz, który wygrał m.in. III memoriał im. Alfreda Smoczyka.

Kiepskie nagrody dla najlepszych

W latach 50-tych nie tylko był inny styl jazdy zawodników czy przygotowanie toru, ale również nagrody za zwycięstwa w turniejach indywidualnych. Skala różnicy na przestrzeni 70 lat może szokować.

Żuzel to sport dla całych rodzin. Bohater artykułu z bliskimi na DPŚ’2017 w Lesznie (fot. Archiwum)

Gdy byłem w 2000 roku na żużlu wraz z moim wnukiem, miałem przyjemność porozmawiać z Józefem Olejniczakiem, który powiedział, że w jego czasach za wygraną otrzymywało się uścisk dłoni prezesa klubu i dyplom.

Mecze na ostrzu noża

W latach 1949-1954 ukochana drużyna naszego rozmówcy, czyli Unia Leszno była najlepszą żużlową drużyną w kraju. Później wyglądało to nieco gorzej, ale na torze w Lesznie często były emocjonujące widowiska.

Reklama

Zawsze najwięcej się działo, gdy Unia jeździła z drużyną z Wrocławia. Zawodnicy jeździli ostro, wyprzedzali się na dystansie. Niezwykle ciekawe pojedynki Unia toczyła również z Górnikiem Rybnik, który już pod koniec lat 50-tych dysponował bardzo mocnym składem. Działała już wtedy zasada, bij mistrza (Górnik Rybnik był mistrzem Polski w latach 1956-1958 – przyp. red.).

Teraz głównie przed telewizorem

W ostatnich latach Zbigniew Wachowski z racji wieku ogląda zawody żużlowe głównie przed telewizorem. Ma jednak powody do dumy, bo miłością do żużla zaraził swoje córki, wnuczki oraz wnuków. W końcu nie bez powodu mówi się, że żużel to sport rodzinny.

Musisz przeczytać

A jednak Pawlicki w GKM Grudziądz!

Nie miał lekkiego życia w tym sezonie, ale jak przystało na prawdziwego mężczyznę, spróbuje naprawić to, co zepsuł. Przemysław Pawlicki dostał kolejną szansę. W...

W Lesznie to nie działa