Strona główna Reportaż Pan przy taśmie

Pan przy taśmie

-

Dopiero z poziomu murawy naprawdę widać, jaki jest ten sport: jaka moc drzemie w maszynach, jaka siła jest potrzebna, by je ujarzmić, z jakimi prędkościami człowiek ma tam do czynienia. Tak, zdecydowanie poziom murawy to dobre miejsce, aby się o tym przekonać. Ale do oglądania speedwaya to miejsce najgorsze z możliwych.

Reklama

-Spotykam w poniedziałek po żużlowej niedzieli sąsiada z Piasków, a ten do mnie: ty widziałeś tę akcję w siódmym biegu? Jak on tam się wcisnął, skubany?! A ja mu na to, no widziałem, faktycznie pięknie to wyszło – Przemysław Piasecki drapie się po głowie, poprawia okulary na nosie i wyznaje, co tak naprawdę widział w tym siódmym biegu. – Nic nie widziałem! Ale już mi się nie chciało sąsiadowi tłumaczyć, że inne ważne sprawy miałem w tym momencie na głowie. Pewnie by nie uwierzył i patrzył jak na wariata. No bo jak to, stać tak blisko i nic nie widzieć? No ale taka jest prawda. O przebiegu meczu to ja się dowiaduję, jak powtórkę w telewizji sobie obejrzę.

Skąd się wziął na starcie? Przez przypadek

Siedzimy w pokoju gościnnym przy stole, popijamy kawę, a on opowiada historię swojej przygody z żużlem. Jak się mieszka od urodzenia w Piaskach koło Gostynia i jest się kibicem żużlowym to jasne, że kibicuje się Unii Leszno. Na mecze zaczął jeździć jako kilkunastoletni chłopak, więc to już ponad 40 lat. Wujek, to znaczy brat mamy go wciągnął (ojciec kibicem sportowym nie był nigdy). Wpadł w ten sport po uszy, ale gdyby ktoś mu wtedy powiedział, że jego przygoda ze speedwayem wyewoluuje w takim kierunku, to nigdy by nie uwierzył.

Przemysław Piasecki
„Klub Sportowy Unia Leszno składa Przemysławowi Piaseckiemu podziękowania za wieloletnie pełnienie funkcji kierownika startu podczas zawodów żużlowych” (fot. Magazyn Żużel)

No ale tak jakoś wyszło, a efekt był taki, że w ostatni poniedziałek sierpnia 2020 roku, na oczach całej żużlowej Polski (dzięki telewizyjnej transmisji) Józef Dworakowski, twórca współczesnej potęgi Unii Leszno i jej współwłaściciel, ściskał panu Przemysławowi rękę i wręczał pamiątkową statuetkę z takim oto napisem: „Klub Sportowy Unia Leszno składa Przemysławowi Piaseckiemu podziękowania za wieloletnie pełnienie funkcji kierownika startu podczas zawodów żużlowych”. I nie chodziło, że klub się w ten sposób z nim żegnał lub coś w tym stylu. Nie. Po prostu klub uhonorował w ten sposób fakt, że tamten poniedziałkowy mecz Unii Leszno z ROW-em Rybnik to były dokładnie trzechsetne zawody w karierze Przemysława Piaseckiego. Wśród kierowników startu w Polsce to prawdopodobnie rekord.

-Łezka się w oku zakręciła, nie powiem – wspomina bohater tej uroczystości, a pytany o początki odpowiada krótko: to przez przypadek.

Polecamy:  Roman Jankowski

No i przez kolegę Krystyna Winczaka, który w latach 90-tych działał w leszczyńskim klubie. Krystian przyszedł i mówi tak: „Słuchaj Przemo, szukamy drugiego kierownika startu. Był jeden kandydat, ale się nie nadaje. Dlatego ty nim będziesz.”

Pan Jurek – Mistrz

Wtedy na leszczyńskim stadionie zawodników podprowadzał (bo tak się ta funkcja kiedyś nazywała: „podprowadzający”) człowiek-legenda Unii Leszno, pan Jurek Wojciechowski. Jako młody chłopak próbował się ścigać na żużlu, ale z kariery zawodniczej nic nie wyszło. Mimo tego z klubem związany był na dobre i na złe i na inny sposób wpisał się w jego historię. Zawodników w Lesznie podprowadzał od 1968 roku. Na koncie miał grubo więcej meczów niż obecnie Przemysław Piasecki i jak sam mówił, zdarzyło mu się opuścić zaledwie…. cztery zawody. I to wyłącznie z powodu ważnych rodzinnych zobowiązań. Ale czas przyszedł pomyśleć o zmienniku dla pana Jerzego.

POLECAMY: Futsal, czyli piłka nożna pod dachem

-Padło na mnie – opowiada Piasecki. – Pojechałem do Warszawy na szkolenie i egzamin. I tak zostałem podprowadzającym w Unii Leszno. To był 1996 roku. Ten sam rok, w którym w Unii zaczynał jeździć Leigh Adams. Można powiedzieć, że przez pierwsze 5 lat terminowałem. Przez pierwsze pięć sezonów zaliczyłem tylko 41 imprez, głównie zawody młodzieżowe, gdzie, nie ukrywajmy, ciśnienie było znacznie mniejsze. A potem pan Jerzy nagle zachorował i ja, ni z tego ni z owego, z chłopaka, który obsługiwał zawody, na które przychodziło po 100 osób, stałem się kierownikiem startu na meczach, które oglądało 10.000 widzów. Różnica była kolosalna. Ale pan Jurek dobrze mnie wprowadził w tę funkcję. Myślę, że sobie poradziłem. Przez kolejne dziesięć lat byłem już na 160 imprezach. Mecz, podczas którego Adams kończył karierę, był dwusetnym w mojej karierze.

Słupek na starcie

Kierownik startu to taka fucha, której przeciętny kibic często nawet nie zauważa, ale bez której żadne zawody odbyć się nie mogą. Zakres obowiązków precyzyjnie regulują regulaminowe zapisy, których z biegiem lat przybywało.

Polecamy: Adam “Squra” Skórnicki

-Czasami wskutek dramatycznych sytuacji, do jakich dochodziło na meczach – opowiada Piasecki.

Takich jak wypadek Chrisa Louisa w czerwcu 2001 roku w Częstochowie. Kariera tego zdolnego brytyjskiego żużlowca praktycznie zakończyła się po tym, jak w czasie meczu uderzył w niego słupek podtrzymujący taśmę, który nie został zabrany z toru po starcie. A warto wiedzieć, że takie słupki to często były bardzo solidne konstrukcję. Ten używany przez lata w Lesznie, składający się ze stali i zalanej betonem podstawy ważył kilkanaście kilogramów.

Po tamtym wypadku pojawiły się w regulaminie zapisy precyzujące, że zabranie słupka z toru jest obowiązkiem kierownika startu. Używane obecnie słupki to lekkie konstrukcje, które, według regulaminu, nie mogą ważyć więcej niż 2,5 kilograma.

Reklama

-Na meczu podlegają mi wszystkie osoby będące w obrębie startu – tłumaczy Przemysław Piasecki. – To znaczy asystent i dziewczyny podprowadzające zawodników. Moja głowa w tym, by nie popełniły błędu, by miały w rękach prawidłowe tablice. Czy zdarzały się pomyłki? Raz niebieska stanęła obok czerwonej, ale na szczęście prawie niezauważenie udało zamienić się je miejscami przed startem.

Emocje pod taśmą

Główny atrybut kierownika startu to tabliczki i chorągiewki. Kierownik startu pokazuje jadącym zawodnikom, ile okrążeń zostało do końca biegu albo że bieg został przerwany. Najwięcej emocji budzi jednak sam start.

-Jako kierownik startu nie posiadam żadnych samodzielnych kompetencji – wyjaśnia Piasecki. -Ja tylko wykonuję polecenia sędziego, z którym jestem w kontakcie przez słuchawki i mikrofon. Przepisy dotyczące startu są proste: zawodnik ma stać w odległości 10 centymetrów od taśmy, prostopadle do taśmy, bez ruchu. Obrys ciała i maszyny nie może wychodzić poza jego pole startu. Zawodnik ma 2 minuty by być gotowym do startu.

Wojna nerwów pod taśmą (fot. Mariusz Cwojda)

Tyle teoria. W praktyce moment startu to wieczna wojna nerwów między zawodnikami i sędzią. Tym bardziej, że ostatnio coraz większą wagę przykłada się w żużlu do momentu startu. Sprzyjają temu możliwości oglądania przez sędziego telewizyjnych powtórek. Czy zabija to ducha tego sportu, czy nie, to temat na osobny tekst. Przemysław Piasecki jako bardzo doświadczony kierownik startu ma swoje przemyślenia.

-Jasne, że są zawodnicy, którzy usiłują coś tam ugrać na starcie i czołgają się prawie niezauważenie – mówi i zaraz ze śmiechem zastrzega: – Nazwisk ode mnie nie wyciągniecie. Ale są też zawodnicy, którzy idealnie potrafią się wstrzelić w start i puszczają sprzęgło razem z taśmą. Ja zawsze odchodzę i staję bokiem, mając kontrolę nad wszystkim i doskonale widzę te starty. A tam z dołu widać to doskonale. I często się zdarza, że sędzia z góry takie idealne starty kwalifikuje jako nieprawidłowe i przerywa bieg. Wiadomo: oko ludzkie nie jest super doskonałe. Tacy zawodnicy bywają więc czasami poszkodowani. Jednym z lepiej startujących zawodników w naszej lidze jest, moim zdaniem, Tobiasz Musielak.

Nie oglądam, nie mam czasu, zarobiony jestem

Jakie są minusy tej funkcji? Jakieś przecież muszą być.

-Jestem w centrum wydarzeń, ale nie oglądam meczu, nie ma na to czasu – Piasecki wymienia pierwszy z minusów. – To co się dzieje między łukami mogę ocenić tylko na podstawie reakcji trybun: albo euforia albo cisza. Więc jak ktoś się mnie pyta, czy widziałem jakąś akcję, to mówię, że widziałem, ale tak naprawdę to nie widziałem. Dopiero potem w telewizji.

Drugi minus to brak czasu na wypełnianie programu. Kiedyś uwielbiał to robić, teraz… nie ma na to czasu. A wypełnianie programu w domu, to już nie to. Ma więc w kolekcji wszystkie programy, ale… puste.

Więcej minusów nie ma.

Przygoda Przemysława Piaseckiego ze speedwayem trwa w najlepsze, a on nie ma zamiaru jej kończyć. „To mój narkotyk” mówi. Jeśli zdrowie dopisze, przed nim jeszcze dobrych kilka lat. Regulaminowa (a jakże, to też reguluje regulamin) granica wykonywania tej funkcji to 65 rok życia.

(fot. Magazyn Żużel/Mariusz Cwojda)

-Wprowadzono ją po jednym z meczy, już nie pamiętam gdzie – opowiada leszczyński kierownik startu. – W trakcie biegu oderwała się jakaś osłona i wirażowy wbiegł, żeby ją usnąć z toru. A że był starszą osobą, ledwo zdołał uciec z toru i ujść z życiem przed pędzącymi maszynami. Po tym zdarzeniu dla wielu funkcji wprowadzono ograniczenie wiekowe.

Niezauważalny

Czy kierownik startu podlega ocenie? Kiedyś w specjalnej książeczce sędziowie po meczu wpisywali oceny, ale od dawna się już tego nie robi. Co więc znaczy być dobrym kierownikiem startu?

-Opowiem panu taką historię. To będzie dobre zakończenie tej historii. Mam serdecznego kolegę w Wolsztynie, który pracował na stacji benzynowej. Jak jeździłem w te rejony służbowo, to go na tej stacji odwiedzałem. Mówi raz, że był w niedzielę na meczu z synem. W Lesznie na Unii. O, to mnie widziałeś, ja mu na to i dodaję: bo ja jestem na każdym meczu. On tak popatrzył, wzruszył ramionami i odpowiada: no wiesz takie tłumy, to cię nie widziałem. Widziałeś na pewno, bo ja tam przy starcie w tym białym kombinezonie się kręcę wśród zawodników. Nie chciał wierzyć, myślał, że jaja sobie z niego robię. Zadzwonił nawet po syna, żeby mu program przywiózł. I dopiero jak przeczytał, że kierownik startu to Przemysław Piasecki, to uwierzył. A ja sobie pomyślałem, że to dobrze, że jestem taki niewidzialny. Dobry kierownik startu jest po prostu…. niewidoczny. Jest, ale jakby go nie było. Po prostu robi swoje.

Reklama


Musisz przeczytać

Leon Madsen zachorował zaraz po SoN

Duński stranieri częstochowskiego Włókniarza i lider reprezentacji kraju Leon Madsen jest zakażony koronawirusem. Żużlowiec przeszedł badania i o dodatnim wyniku testu poinformował w swoich...

Start Gniezno: zawirowania w klubie