Strona główna I i II liga Nie patrzyliśmy tylko przez pryzmat pieniędzy

Nie patrzyliśmy tylko przez pryzmat pieniędzy

-

Damian Baliński w tym roku skończył już 43 lata, ale na razie na sportową emeryturę się nie wybiera. W rozmowie z Magazynem Żużel Baliński opowiedział m.in. o początkach kariery, o trudnej sytuacji Unii Leszno na przełomie XX i XXI wieku oraz o współpracy z Nickim Pedersenem.

Dawid Franek, Magazyn Żużel: Pierwsze starty ligowe zaliczył pan w 1994 roku. Kto był pana żużlową inspiracją?

Damian Baliński: Moja przygoda z żużlem zaczęła się od starszego brata. On także jeździł w Unii Leszno, jest ode mnie 12 lat starszy, więc siłą rzeczy musiałem być związany z żużlem. Gdy byłem młody, pomagałem Darkowi przy motocyklach i on był właśnie takim zapalnikiem, który sprawił, że zostałem przy tym sporcie. Jak już jeździłem, to nie ukrywam, że od początku moim idolem był Tomasz Gollob. Starałem się podpatrywać jego styl jazdy.

Czytaj więcej  Kolejarz dużych prędkości? Klub w modernizacji

W latach 90-tych i na początku XXI wieku Unia Leszno borykała się z poważnymi problemami finansowymi. Myślał pan o odejściu z klubu? Nie jest bowiem tajemnicą, że inne kluby o pana zabiegały.

To prawda, że w tamtym okresie pod względem finansowym w Lesznie nie było kolorowo. Mimo że sytuacja wyglądała źle, to wtedy były czasy, gdy nie patrzyliśmy na wszystko tylko przez pryzmat pieniędzy. Wiadomo, że na początku kariery byłem na kontrakcie amatorskim, więc jakieś zabezpieczenie sprzętowe ze strony klubu było. Z biegiem czasu pojawiały się oferty z innych klubów. W pewnym momencie sytuacja w Unii zrobiła się dramatyczna i byłem bliski przejścia do zespołu z Ostrowa. Wówczas gdyby prezes Józef Dworakowski nie zasiadł za sterami klubu, to nie wiadomo, czy w ogóle zespół wystartowałby w rozgrywkach ligowych. Miałem jednak gwarancję finansową od nowej ekipy rządzącej i zostałem w Lesznie.

Kiedyś nie patrzylo się tylko przez pryzmat pieniędzy – mówi Damian Baliński (fot. Magazyn Żużel)

Wywołał pan do tablicy prezesa Józefa Dwórakowski. Jego osoba była głównym czynnikiem, który sprawił, że Unia Leszno w 2007 roku zdobyła mistrzostwo Polski po 18 latach przerwy?

Zdecydowanie tak. Sztab ludzi na czele z prezesem Dworakowskim miał jasno sprecyzowany plan działania klubu na kilka lat. Wszystkie założenia były krok po kroku realizowane. Przede wszystkim nie trzeba było się martwić o finanse, które uległy znacznej poprawie. Józef Dworakowski, przejmując Unię Leszno w 2004 roku, wziął wszystko na swoje barki, wyprowadził klub na prostą i można powiedzieć, że dzięki niemu i wprowadzonym przez niego podstawom klub dobrze funkcjonuje do dzisiaj. Tak jak wcześniej powiedziałem, gdyby nie prezes, klub raczej wypadłby z ligi, a tym bardziej nie mógłby marzyć o wielkich sukcesach.

Reklama

W pana dotychczasowej karierze było kilka poważnych urazów. Jedną z poważniejszych kontuzji zaliczył pan w 2000 roku w meczu ligowym przeciwko Pergo Gorzów po upadku z Jasonem Crumpem. Doszło wtedy do niecodziennej sytuacji, bo siła uderzeniowa była tak wielka, że przebił pan nogą siatkę okalającą tor. Jak pan wspomina to zdarzenie?

Faktycznie była taka sytuacja. Wiadomo, nie wszystko pamiętam z tamtego upadku, bo miał on miejsce już 20 lat temu. W tamtych czasach nie było jeszcze dmuchanych band i na większości obiektów na łukach tor ogradzała siatka. W Lesznie było tak, że od poziomu toru na wysokość 40 centymetrów była ustawiona gruba deska. Ja i Jason szczepiliśmy się motocyklami. Tak się złożyło, że moja noga przedostała się na drugą część siatki, ale właśnie uderzenie w tą grubą deskę sprawiło, że doznałem złamania lewej nogi oraz prawej ręki.

Czytaj więcej  Adam Łabędzki: Mogłem osiągnąć więcej [FILM]

Który sezon pod względem sukcesów stawia pan wyżej w swojej hierarchii ? Sezon 2007, w którym brał pan udział w Drużynowym Pucharze Świata i wywalczył złoto w polskiej lidze z Unią Leszno, czy też sezon 2010 i ponowne mistrzostwo Polski z Unią oraz do tego najlepsza średnia biegowa w pana karierze?

Trudno ocenić i wyróżnić któryś z tych sezonów. Na pewno wiele chwil z tych lat pozytywnie zapadło mi w pamięci. Myślę, że dla mnie rok 2007 był wyjątkowy. Złoto z Unią Leszno było czymś wspaniałym, tym bardziej, że klub czekał na taki sukces aż 18 lat. Do tego wywalczyłem brązowy medal Indywidualnych Mistrzostw Polski we Wrocławiu i oczywiście jechałem w Drużynowym Pucharze Świata. W 2010 roku zaliczyłem najlepszy sezon w swojej karierze pod względem średniej biegowej w lidze, ale brakowało sukcesów indywidualnych. Podsumowując: sezony 2007 i 2010 zapamiętam do końca życia, bo były dla mnie wspaniałe i nie chcę tutaj żadnego z nich wyróżniać.

Czytaj więcej  Kto najlepiej komentuje?

Jeździł pan w wielu ligach zagranicznych. W 2007 roku trafił pan do angielskiego Swindon Robins, lecz w następnych sezonach już pan w Anglii nie jeździł. Dlaczego tak krótko był pan na Wyspach i jakie są pana wspomnienia związane ze startami w lidze angielskiej?

Moje występy na Wyspach zaczęły się zupełnie przypadkowo. Wówczas w Unii Leszno jeździł jeszcze Leigh Adams. Któryś z zawodników Swindon złapał kontuzję. Klub szukał zawodnika na zastępstwo, a wtedy w Anglii był KSM i ja pasowałem do składu. Dołączyłem do zespołu stosunkowo późno, bo na przełomie sierpnia i września. Pamiętam, że Leigh Adams musiał mnie długo namawiać, abym zgodził się na jazdę w Anglii. Miałem wtedy jeszcze ligę szwedzką, a angielskie tory mi po prostu nie leżały. Za bardzo mi się występy w Anglii nie uśmiechały, ale w końcu ugiąłem się i przejechałem około dziesięciu spotkań. Z tego, co pamiętam, to jako drużyna wywalczyliśmy srebrny medal na koniec rozgrywek. Moje starty w Anglii były krótkie, bo tak jak wcześniej podkreśliłem, nie leżały mi te tory, byłem 2 razy na zawodach indywidualnych we wcześniejszych latach i nawet nie myślałem o jeździe w Anglii. Tylko za namową Leigh Adamsa zrobiłem ten jeden wyjątek na sezon 2007.

Barwy Unii Leszno po raz ostatni reprezentował pan w 2014 roku. W kilku spotkaniach miał pan okazję jeździć w parze z Nickim Pedersenem, który jest w opinii kibiców i ekspertów indywidualistą. Jak oceni pan waszą współpracę na torze?

Było kilka takich biegów, gdzie Nicki starał się pomóc. Wtedy jednak trzeba uczciwie powiedzieć, że byłem w tak słabej dyspozycji, że było niewiele wyścigów, gdzie moglibyśmy dobrze współpracować. Wiadomo, że jak jeden zawodnik z pary jest daleko z tyłu, to ten prowadzący nie będzie się za siebie oglądał w nieskończoność. Natomiast w tych biegach co wyszliśmy ze startu na 5:1, to Nicki często spoglądał na mnie.

Od 2018 roku reprezentuje pan barwy Kolejarza Rawicz, który jest tak naprawdę drugą drużyną Unii Leszno. Wówczas mógł pan jeździć w 1. Lidze, bo przecież poziom sportowy zdecydowanie gwarantował wysokie zdobycze punktowe na tym poziomie rozgrywkowym. Dlaczego więc podjął pan decyzję o przejściu do Rawicza?

Oczywiście mogłoby tak być, że jeździłbym w 1. Lidze. Mimo wszystko jednak wizja i pomysł na rawicki klub została mi przedstawiona w sposób ciekawy. Wolałem przejść do 2. Ligi i jeździć w Rawiczu też z powodu tego, że mam blisko na treningi i mecze domowe. Jest to pewne ułatwienie. Poza tym chciałem spróbować nowych wyzwań, takich jak pomoc młodym chłopakom w rozwoju ich umiejętności, bo przecież tak Kolejarz Rawicz funkcjonuje, aby pomagać najmłodszym zawodnikom.

Czytaj więcej  Falubaz Zielona Góra: trudno jednak będzie zastąpić Słowaka

W przyszłości może kariera trenerska? (fot. Magazyn Żużel)

Damian Baliński jest znany z solidnej jazdy w swoich drużynach. Udało się zdobyć dwa złote medale Drużynowych Mistrzostw Polski w barwach Unii Leszno. Teraz zapytam jednak o występy indywidualne. Co bardziej w przeciągu całej kariery boli: brak awansu do cyklu Grand Prix, czy też brak złota w Indywidualnych Mistrzostwach Polski?

Cykl Grand Prix to ciężki kawałek chleba. Wiadomo, że raz była możliwość awansu, ale przez defekt motocykla się to nie udało. Po jakimś czasie jednak stwierdziłem, że może i dobrze, że tak się stało, bo w Grand Prix są olbrzymie nakłady finansowe i nie wiem, czy bym temu podołał. Jeśli chodzi o IMP, to gdybym zdobył złoty medal, to z pewnością byłbym wtedy całkowicie spełniony. Na pewno jest to tytuł, który chciałbym w swojej karierze zdobyć. Cały czas jeszcze jeżdżę, więc teoretycznie szansa na osiągnięcie takiego wyniku istnieje.

Pana synowie, czyli Mikołaj i Filip planowali rozpocząć karierę żużlową, czy też od razu byli zdecydowani na inną ścieżkę życiową?

Troszkę się ten temat u nas przewijał, ale całe szczęście chłopaki poszli swoimi drogami. Młodszy syn, czyli Filip jest tenisistą stołowym i reprezentuje klub Wamet Dąbcze. Mikołaj natomiast wybrał drogę muzyczną, bo gra na perkusji. Moi synowie byli zainteresowani żużlem, brali udział w moich treningach i pomagali przy sprzęcie. Widzieli jednak wiele kontuzji, które przechodziłem i to ich trochę odtrąciło od chęci uprawiania tego sportu.

Reklama

Powiedział pan w jednej z rozmów, że zamierza kontynuować karierę co najmniej do 30-lecia startów na żużlu. Co nastąpi potem? Zostanie pan przy żużlu jako trener, czy pójdzie w inną stronę?

Wiadomo, że jestem coraz bliżej zakończenia kariery, dlatego sobie liczyłem, że jeszcze 2-3 sezony muszę pojeździć, aby pełne 30-lecie zaliczyć. Jeśli mi dopisze i uda się spełnić cel, to nie ukrywam, że będę szczęśliwy. Na pewno myślę o tym, aby już w przyszłym roku zacząć współpracę z młodzieżą. Chciałbym trochę z nimi pojeździć na zawody juniorskie. Wstępnie są zatem założenia, aby po zakończeniu czynnej kariery iść w kierunku trenerskim.

Rozmawiał Dawid Franek

Reklama


Musisz przeczytać

Jedyna taka na świecie

Pierwsza na świecie i prawdopodobnie jedyna cyfrowa biblioteka żużlowa funkcjonuje w Lesznie. Choć akurat miejsce jej funkcjonowania jest informacją najmniej istotna – korzystać może...

Nowy sternik w Starcie